Wspomnienia Luni

 

 

                                                                            kliknąć w zdjęcie                                         

    I.    Ciocia

II.    Dzieciństwo 

III.    Szkoła   

  IV.    Wybuch wojny

V.    Okupacja

  VI.    Tułaczka

  VII.    Ośrodek Polski

VIII.   Powrót do kraju

  IX.   Ślub

X.    Dzieci 

  XI.     Wnuki

 

 

 


    


















       

                



"Życie ludzkie zakorzenione jest w otchłani przeszłości."
Każdy z nas jako mała gałązka swojego rodowego drzewa od czasu do czasu może nieco dalej i głębiej spojrzeć z pewnego dystansu na swoje korzenie – na swą historię. Potocznie mówiąc: powspominać. Lubię wracać myślami do przeszłości, bo choć nie zawsze droga mojego życia usłana była kwiatami – były tam i sukcesy i potknięcia, różowe i czarne kolory kartek mojego kalendarza – dla postronnych raczej nie wzbudzą specjalnego zaciekawienia – to jednak składają się na historię mojego życia.



Zaczyna się ona 18 listopada 1922 roku w kościele św. Krzyża w Warszawie na Krakowskim Przedmieściu, gdzie zawarli związek małżeński moi rodzice: Maria Górska i Piotr Jóźwiak.  





    
I. iocia     

Jak doszło do ich zapoznania i jakie przeszkody musieli pokonać, aby w końcu stanąć na ślubnym kobiercu – za to w dużej mierze odpowiedzialna była mamy ciocia – Anna Peszke. Mieszkała ona w Warszawie na Nowym Świecie i opiekowała się moją mamą w okresie jej wczesnej młodości. Była mężatką ale z nieudanego związku pozostało jej tylko nazwisko, ktore z powodu braku rozwodu, z wielkim wstydem – jak mówiła – zmuszona była nosić. Skazana – zresztą z własnej woli – na samotność, szybko się usamodzielniła prowadząc interes. Bardzo żywotna, energiczna, nie uznająca żadnego zwierzchnictwa, żadnego sprzeciwu w stosunku do swojej osoby ale pod osłonką szorstkości kryło się serce dobre, współczujące i życzliwość dla ludzi. W ciągu całego życia nie przekroczyła gabinetu lekarskiego, nie korzystała z żadnych medykamentów. Na wszystkie dolegliwości wystarczały jej pijawki – samodzielnie przystawiane do szyji. Swoją siostrzenicę Marysię (moją mamę) bardzo pokochała, rozpieszczała spełniając codziennie jej drobne zachcianki, pozostawiając jednak rozwiązywanie wszystkich problemów i prawo decydowania wyłącznie sobie. Od czasu rozpadu małżeństwa – może pod wpływem rozczarowania albo ze względu na wydarzenia, o których zaraz napiszę – ciocia Anka była nieprzychylnie nastawiona do mężczyzn. Nawet zamiana mieszkania dużego na małe miało „wyższy” cel – aby nigdy żaden mężczyzna, tym bardziej mąż, swoją obecnością nie zakłócał jej spokoju.

Życie jednak płata figle.
Kilka lat przed przyjazdem mojej mamy, ciocia wychowywała osieroconą kuzynkę – Manię. Gdy ta podrosła, zjawił się mężczyzna – Janek. Oczarowany urodą dziewczyny, zakochany po uszy, starał się o rękę pięknej panny. Ciocia odmówiła, no bo Mania za młoda, prawie jeszcze dziecko, nie zna życia, krótko przebywa w Warszawie itd., itp., tysiąc różnych powodów aby chłopaka spławić. Chłopak jednak odtrącić się nie dał. Mącił codziennie spokój w domu, przekraczając mimo zakazu jego próg. Janek był długo cierpliwy aż w końcu cierpliwość mu się wyczerpała. Miłość nie przeszła, dziewczyny nie chciano mu dać, więc tak jak w książce kryminalnej - po prostu ją porwał. Porwał pannę „tak jak stała”: w jednej koszuli i jednej sukieneczce, bez żadnych podręcznych drobiazgów, bez grosza. Ciocia Anka całego tego incydentu omal nie przypłaciła życiem. Na nic zdały się poszukiwania. Zniknęli bez śladu. Jak się później okazało – potajemnie, w jakiejś mieścinie wzięli ślub i ze strachu przed ciocią Janek wywiózł wybrankę swego serca w głąb Rosji. Warunki bytowe mieli ciężkie a najgorszy był właśnie ten przeskok z dobrobytu w nędzę. Po roku skradzionego szczęścia Mania przy porodzie dziecka umarła. Nie przeżył też jej synek. Ciocia jeszcze nieświadoma ich losu, po bezskutecznych poszukiwaniach a nieutulona z żalu, przywiozła z Kielc do Warszawy córkę swojej zmarłej siostry – Marysię – moją przyszłą mamę, która nie chciała czy też nie była w stanie zaakceptować macochy. Tym właśnie czynem starała się rozładować nieco napiętą atmosferę rodzinną.
Marysię (mamę) od razu pokochała.
Starała się jak mogła aby zastąpić jej matkę. Stroiła ją w najmodniejsze szatki, obrzucała upominkami. Nazywała ją swoją królewną.

Minęło kilka lat.
Janek wrócił do Polski i kiedyś jako „kuzyn” odwiedził ciocię Ankę.
„Jakiś ty kuzyn!” – krzyczała – „chyba przez to, że przyczyniłeś się do śmierci mojej kochanej krewnej!”
Od wizyt Janka-wdowca trudno się było wyzwolić, tym bardziej, że królowała tu znowu młoda, ładna dziewczyna a on rozmarzonym za nią wodził wzrokiem.
Historia się powtórzyła. Janek upodobał sobie tym razem Marysię.
Trudno – serce nie sługa. Zakochany nie znalazł dla siebie innego ratunku jak natychmiastowy ślub. Tym razem ŻĄDAŁ zgody cioci. (Teraz bardziej rozumiem jej nieprzychylne nastawienie do mężczyzn.)
Pomna, do czego taki jak on wielbiciel jest zdolny, broniła swej siostrzenicy jak lwica. Nie wpuszczała do domu nikogo. Zamki w drzwiach zostały wymienione. To była walka na śmierć i życie. Ileż nocy nieprzespanych, ile wylanych łez!
Wreszcie Janek wyjechał z Warszawy na kilka dni. Wrócił do domu spokój i harmonia.
Wróciła swoboda. Nie taka znowu wielka, bo mama nie mogła nic czynić bez zgody cioci. Nawet na spacery przez te wszystkie lata wychodziła w asyście swej opiekunki.

Kiedyś podczas spaceru, zostawiła ciocia swą królewnę na przeciąg kilku minut samą w parku, na ławce, aby kupić pijawki u homeopaty.
Po powrocie o mało nie dostała szoku. Ławka była otoczona – jak mówiła – pułkiem żołnierzy, a jeden z nich odważył się usiąść koło Marysi.
Już w porywie złości miała użyć parasolkę przeciwsłoneczną, z którą się nie rozstawała ale na sam widok groźnej pani pułk się rozszedł.
Pozostał jeden śmiałek, można powiedzieć nawet skazaniec – Piotruś. To mój przyszły tata.
Wiele musiał wycierpieć, przejść przez wiele ciężkich prób, stoczyć mnóstwo walk z ciocią, nim z tej szamotaniny wydostał się zwycięsko na drogę wiodącą go razem z ukochaną, wyidealizowaną dziewczyną do ołtarza.
Ciocia Anka chyba po raz pierwszy w życiu skapitulowała. Wyraziła zgodę na ślub. Może w końcu ze strachu przed Jankiem ale najprawdopodobniej polubiła tego cierpliwego aż do bólu adoratora, który odważył się dojść do celu „drogą przez mękę”.

Ślub podobno wypadł okazale. Białe konie z pomponami, kareta, modne stroje, wytworne przyjęcie a po uroczystości już pierwsze rozstanie. Mama została u cioci, tata wrócił na swoją sublokatorkę. Wolno mu było tylko odwiedzać żonę, bo takie warunki stawiała ciocia.
Trwało to dopóty, dopóki nie postarała się dla nich o mieszkanie.

Janek płakał. Niedługo jednak przyszło pocieszenie.
Ciocia wzięła do pomocy bardzo młodą dziewczynę – Brońcię. Jak ujrzał ją Janek, oczywiście się zakochał. Ponieważ nie była ona kuzynką ale całkiem obcą osobą – ciocia nie staczała już żadnych bojów i w taki oto sposób pozbyła się mężczyzny, który przez długi okres zatruwał jej życie aby w końcu znaleźć szczęście przy boku długo oczekiwanej małżonki – tym razem Broni.
Janek został właścicielem zakładu krawieckiego i dobrze mu się powodziło. Był czułym i przykładnym mężem. Utrzymywali oni z moimi rodzicami kontakt jako „kuzyni”. Wraz z siostrą Danusią bawiłyśmy się w dzieciństwie z ich synem – Mirkiem. On najbardziej lubił grać z nami w karty, w „Wojnę”. I wojna też go później zgubiła. Mirek wyrósł na przystojnego chłopca. Polubił z wzajemnością, Danusię. Kiedy razem tańczyli, Janek rozczulał się do łez, gdy mówił: „Mój syn tańczy z córką Maryni.”
Młodzi dopiero co zaczęli się spotykać a przyznać trzeba, że stanowili uroczą parę a już przyszło nieszczęście, Mirek zginął w Powstaniu Warszawskim.
Po wojnie Janek z żoną i młodszym synem – Bogdanem, zamieszkali w Łodzi. Brońcia dosyć młodo zmarła na cukrzycę.

Małżeństwo moich rodziców przypadło na dość trudny okres.
Minęły właśnie cztery lata od odzyskania przez Polskę niepodległości po 123 latach zaborów niemiecko-rosyjsko-austriackich.
Była wielka inflacja, bezrobocie, zmieniały się rządy. Najważniejszą sprawą jednak było zjednoczenie ludności polskiej rozdzielonej przez zaborców. Dzięki Kościołowi, który czuwał w czasie okupacji nad zachowaniem polskości na wszystkich trzech obszarach podległych wrogom – i ten problem został stosunkowo szybko rozwiązany.

Rodzicom mimo niesprzyjających warunków ekonomicznych, powiodło się. Ojciec dostał dobrą posadę w banku a ciocia załatwiła im przez niejaką panią B. mieszkanie. Odstępne kosztowało ją dużo, ponad milion złotych. Stanowiło to dość pokażną sumę ale też i inflacja rosła przerażająco.
W kilka lat póżniej, była właścicielka mieszkania straciła w wypadku nogę. Jako osoba samotna, kaleka i prawdopodobnie bezradna, starała się o dożywotni pobyt w domu starości dla pensjonariuszek arystokratycznego pochodzenia. Ponieważ jednak nie mogla wykazać się odpowiednimi dokumentami, kierownictwo zakładu odrzuciło jej prośbę. Reakcja zrozpaczonej kobiety była nieoczekiwana – na oczach całego personelu wbiła sobie nóż w serce. Pogrzeb miała żałosny, bez księdza, bez kwiatów, prawie bez ludzi a grób na obrzeżu cmentarza pod parkanem, na polu przeznaczonym dla samobójców.



II. zieciństwo

Wracając do rodziców – byli szczęśliwi, że w tym gorącym okresie głodu mieszkaniowego mogli się jakoś urządzić.
W dziesięć miesięcy po ślubie urodziła się Danusia. Ja przyszłam na świat 3 stycznia 1925 roku.
Nie ziściły się marzenia taty aby mieć syna. Zrealizowane mogły być dopiero piętnaście lat póżniej ale niestety stresy, ciężkie przeżycia w czasie wojny, udaremniły mamie mojej szczęśliwe rozwiązanie.
Nie mam więc braciszka.
Życie w naszej rodzinie układało się – jak na ówczesne czasy – wspaniale.
Nie brakowało nam – przynajmniej w moim mniemaniu – niczego. Były ładne ubrania, dobre jedzenie, były zabawki i rozrywki.
Rodzice prowadzili bujne życie towarzyskie, często chodzili na opery, do teatru, kina, w których filmy w początkach ich małżeństwa były jeszcze nieme oraz od czasu do czasu na dancingi. Zawsze była pomoc domowa – służąca.
W najwcześniejszym dzieciństwie były wyjazdy na letnisko na całe lato, póżniej, w wieku szkolnym – w czasie wakacji.

Pierwszym towarzyszem zabaw, którego pamiętam, był Włodek – wtedy mówiono na niego Bobaś. Był synkiem przyjaciól moich rodziców, Stanisławy i Feliksa. Razem z nimi wyjeżdżaliśmy na lato do podwarszawskich miejscowości, nie za daleko od miasta, aby (poza urlopem) nasi tatusiowie mogli na niedzielę przyjeżdżać. Najczęściej były to Urle nad rzeką Liwiec.
Trochę dziwny był ten Bobaś. Krył się za willą, w której mieszkaliśmy i całymi garstkami jadł piasek. Mówiono, że ma za mało wapna.
Z jego ulubionego piasku i jajek robiliśmy czasami ciasto ale tego nie wolno mu było próbować.
Bobaś był w moim wieku ale bardzo drobny i dużo niższy ode mnie. Czułam się jakby jego opiekunką i bardzo go lubiłam. Gdy chciałam mu to uczucie okazać, np. mocniejszym uściskiem czy pocałunkiem, krzyczał: „Dania ratuj, bo Lunia mnie dusi!”
Kiedyś, na polanie, w czasie jego nauki jazdy na rowerze, gonił nas byk. Prawdopodobnie była to krowa ale obecnie to problem nie do rozstrzygnięcia. Zamiast ratować się ucieczką bez zbędnego balastu – wsadziłyśmy małego Bobasia na rower (a on nie dostawał nogami do pedałów) i – aby było „szybciej” - popychałyśmy. Przez cały czas malec krzyczał: „O Bozie, o Bozie, o Jeziu, o Jeziu”.
Mówię o tej naszej głupocie, bo przygoda ta była moim pierwszym poważnym przeżyciem. Pierwsze mocne uderzenie serca, pierwszy strach u całej trójki.
A co dalej z Bobasiem?
Mijały lata. Skończył się kiedyś Bobaś a zaczął Włodek. Przyszła wojna. Włodek, schwytany jako AK-owiec przez Niemców, uwięziony został w obozie koncentracyjnym. Przeżył. Wrócił bez pośladków. Od bicia (ten rodzaj kary nazywano fortepianem) dostał flegmony, ciało gniło i częściowo odpadało.
Po wojnie do „domu” wracał z braku ubrania w pasiakach i piechotą, bo nie było żadnych środków lokomocji. Śpieszno mu było zobaczyć się z najbliższymi. Niestety ojca zabili Niemcy, matka prawie w przededniu jego powrotu zmarła. Chłopak się załamał, wiele przecierpiał. Po wojnie zobaczyliśmy się po raz pierwszy w Sochaczewie, gdy wróciłam z obozu niemieckiego.
Szybko ale i nieszczęśliwie się ożenił. Po rozwodzie jakiś czas mieszkał u nas. Drugie małżeństwo dało mu dom i stabilizację życiową. Ma dwóch synów, trzeci zmarł zaraz po urodzeniu. Doczekał sie wnucząt, jest  inwalidą wojennym, żona zmarła mu dwa lata temu.
W swoich wspomnieniach znowu przeskoczyłam wiele lat aby, choć w wielkim skrócie, zakończyć dzieje Włodka. Chociaż, ogólnie biorąc, prócz koleżeństwa nic mnie z nim nie łączyło, to jednak współuczestniczył on w pokaźnej części mojego dzieciństwa.
Nie mogłam go pominąć.

Rozkochana byłam w swoim własnym dzieciństwie i w swojej rodzinie.
Dobrze mi było. Tak dobrze, że trudno to uczucie przelać na papier. Można tylko rozkoszować się wspomnieniami. Może dla innych to rzeczy błahe, za mało ciekawe, a u mnie narastają „gatunkowo” do gigantycznych rozmiarów. Każdy dzień był rozkoszny, każdy dzień wnosił coś nowego, kazał doświadczać, odkrywał uroki życia. Jeśli były jakieś małe potknięcia – to gubiły się gdzieś w bogactwie innych zdarzeń. Smutki a nawet krzyże przyszły pózniej. Na razie rozkoszowałam się tym, co podarował mi los.

Rodziców miałam bardzo dobrych, wyrozumiałych, kary chłosty nie stosowali więc i bólu nie było. Czasami jednak bez drobnych przykrości się nie obeszło szczególnie, gdy musiałam zmierzyć się nawet z drobnymi wymaganiami - a wymagania były.
Nieposłuszeństwo przynosiło niezbyt przyjemne konsekwencje. Jedyną, ale dokuczliwą dla mnie karą były wełniane, czarne majtki. Trzeba je było włożyć bezpośrednio na ciało. Na pewno wtedy przesadzałam - ale kłuły jak pokrzywy. Obowiązkowe 10 min. katuszy wydłużało się w nieskończoność. Wybierałam pozycję stojącą, sztywną i bez ruchu, bo na bohaterstwo siadania nigdy się nie zdobyłam.
Gdy obie z Danusią byłyśmy współwinne - kara była obopólna a że narzędzie tortur w pojedynczym egzemplarzu - dochodził dodatkowy stres spowodowany oczekiwaniem.
Dziwiłam się, że inne dzieci nie podzielały mojej negatywnej opinii o tej karze, bo w ich mniemaniu wcale nie była przykra. Na szczęście ten rodzaj pokuty jako - według mnie - niewspółmierny z przewinieniem, mama po półrocznym okresie wycofała.
Tatuś też raz jeden w życiu zdenerwował się nieco - co nigdy nie miało miejsca - na swoją ukochaną Danuśkę. Musiała wysłuchać kilka gorzkich słow za "przestępstwo" pomalowania w czasopiśmie mocno pomadką ust marszałkowi Piłsudskiemu.
To wszystko. Więcej grzeszków na koncie moich rodziców nie ma.

Szczytem naszych - to znaczy Danusi i moich marzeń - był scyzoryk ale należał on do owoców zakazanych dla dzieci. Pragnęłyśmy niewiele, ot - trochę przy nim pomanipulować: pootwierać, pozamykać, po prostu fajnie się pobawić. Trzeba było w pierwszej kolejności posiąść scyzoryk, który należał do tatusia. Najodpowiedniejszym terminem do zdobycia łupu była niedziela, jako że w dniu tym rodzice ucinali sobie drzemkę nieco dłużej.
Realizacja tej części naszego planu okazała się całkiem łatwa. Drugi etap - to klęska do potęgi. Nie dane było wyspać się rodzicom tej niedzieli. Wrzask, jaki ich postawił na nogi obudził chyba całą kamienicę. To krzyk bólu Danusi. To ona - jako starsza - miała w pierwszej kolejności dostęp do rozkoszy manipulowania przy scyzoryku. Niestety, podniesione przez nią do połowy ostrze samo opadło nagle na koniec palca. Ostatnia sceneria naszych nieziszczonych marzeń to krew, ból, płacz, opatrunek rany a później, gdy emocje opadły - czarne majtki. 

Może śmiesznie – dziś, w erze telewizora, komputera, aparatu komórkowego, lotów kosmicznych – zabrzmi ale mówiło się ogólnie wtedy, że urodziłam się w czasach wielkich wynalazków.
Od początku bowiem mogłam korzystać z jazdy tramwajem, autobusem, samochodem, chociaż w dużej mierze przydatne były jeszcze pojazdy konne – dorożki, które zresztą najbardziej mi odpowiadaly. Pociągi parowe zastępowane były elektrycznymi, korzystano z telefonu.
Wiele emocji dostarczyło mi słuchanie po raz pierwszy radia przez słuchawki nakładane na uszy. Pamiętam doskonale przewidujące słowa taty, który tłumaczył mi, że nadejdą takie czasy, że podczas słuchania radia będą widoczni na zainstalowanym w radioodbiorniku ekranie wszyscy spikerzy, aktorzy, muzycy itd. – jak w filmie. Czasy takie nastały po 20-tu latach.

Lubiłam patefon. W domu były płyty z wszystkimi przebojami piosenek.
Żeby patefon działał, trzeba było go często nakręcać korbką. Cieszyło mnie gdy podrosłam na tyle, że mogłam tę czynność samodzielnie wykonywać.
Patefonu używało się u nas przez cały czas pobytu w Warszawie. Słuchałam muzyki, piosenek i przy nim już w najmłodszych latach nauczyłam się tańczyć.

Siostra moja, Danusia różniła się ode mnie i wyglądem i charakterem. Ciemne włosy, ciemna karnacja. Jak pamiętam – od najmłodszych lat zawsze dbała o swój wygląd a z usposobienia była spokojniejsza i mniej kłótliwa niż ja. Nóżki miała zawsze ładne, nie podrapane, bo nie uznawała mojej ulubionej zabawy – chodzenia po drzewach. Prawdopodobnie dlatego, że trochę tchórzyła.
Nie zapomnę jaka niegdyś byłam niedobra i gdy tatuś umieścił nas na gałęzi wielkiego dębu by zrobić zdjęcie – specjalnie ją popychałam, żeby się bała. Później pokazywałam wszystkim, wbrew jej woli fotografię, która uwidoczniła jej wielką rozpacz.

Zakończę rozdział naszego wczesnego dzieciństwa jeszcze jednym incydentem.
Mieszkaliśmy w lecie w pensjonacie w Zagościńcu. Ja pierwsza poznałam trzech grzecznych, sympatycznych chłopców w wieku 9-10 lat (dwukrotnie starszych ode mnie). Przedstawiłam ich mojej 6-letniej siostrze. Ustawili się równo, sztywno, skłonili głowy a później po kolei każdy pocałował ją w rękę. Była zaskoczona, nie wiedziałą jak się zachować. Przez chwilę stała z wyciągniętą ręką, jakby czekała na czwartego chłopca a później przejechała nią sobie energicznie po nosie. Chłopcy czuli się ośmieszeni, obrażeni. Jak Danusię później zobaczyli, już z dala każdy z nich wycierał palcem nos a ona nie mogła zapomnieć popełnionej przez siebie gafy towarzyskiej.

Skoro kończę pierwszy rozdział swojego życia – muszę zaznaczyć, że od początku byłam wielką miłośniczką zwierząt. Nazywano mnie nawet „kocią mamą”.
Chodzily za mną bezpańskie koty, psy, ptaszki a ja opiekowałam się nimi jak mogłam najlepiej i zawsze na wakacjach z nimi przebywałam. Nawet wiewiórki z lasu przychodziły za mną do domu. Kiedyś jedna wiewiórka wpadła u nas do słoika z mlekiem zsiadłym, inna biegając po firankach, podarła je.
Ludzie wiejscy mówili o mnie: „zupełnie jak święty Franciszek”. Bardzo mi to imponowało, bo chciałam być świętą. Nawet sama wybrałam sobie na chrzcie drugie imię – Teresa. Mam więc wielką patronkę.

Pierwszym moim narzeczonym był artysta malarz: Stanisław Neif.
Ja miałam rosnąć a on miał czekać na mnie. Bardzo go lubiłam. Może przez te obrazy, które malował. Podarował mi (a właściwie rodzicom) dwa obrazy. Moim ulubionym był piękny, olejny obraz. Były na nim dwa bawiące się niedźwiadki na tle złotej jesieni a ja bardzo lubiłam misie.
Kiedykolwiek przechodziłam z rodzicami koło wielkiego sklepu Hersego, awanturowałam się aby kupili mi z wystawy olbrzymiej-naturalnej wielkości wypchanego niedżwiedzia. Trzeba mnie było postraszyć policjantem, żebym się uspokoiła.




III. zkoła

Przyszedł czas nauki.
Chodziłyśmy do prywatnego Ośmioklasowego Gimnazjum Żeńskiego pierwszej Kategorii – Jadwigi Zaborowskiej-Michalskiej przy ulicy Chłodnej, które w formie zreformowanej funkcjonowało legalnie do wybuchu wojny 1939 r. Później nauczanie było tajne.
Szkoła – jak każda – miała swoje wymagania. Jednakowe mundurki, pantofle, nawet pończochy. Przymusowe tarcze na rękawach i znaczki na beretach.
Oczywiście nie dysponowano wtedy takimi pomocami jak: kalkulatory, telewizory, komputery czy internet ale nauka i tak była na bardzo wysokim poziomie.
Uczenie się nie sprawiało mi specjalnych trudności. Przykładnie przechodziłam z klasy do klasy a nawet jedną „przeskoczyłam”. Najlepsza byłam z matematyki.
Nasza nauczycielka od rysunków – prof. Soboćko, odkryła u mnie talent więc zmuszano mnie do robienia napisów, plakatów i różnych prac dekoracyjnych.
Zazdrościły mi koleżanki, bo to wszystko wykonywałam w szkole – kosztem zajęć lekcyjnych.

Ładnie deklamowałam, więc brałam czynny udział we wszystkich uroczystościach. Grałam główne role w inscenizacjach a nawet tańczyłam. Jeden taki występ stał się dla mnie koszmarem. Był to taniec motyli. Wszystkie biorące udział w tańcu dziewczynki miały mieć jednakowe, projektowane przez organizatorów imprezy kostiumy. Mamusia moja – jak zwykle nie uznająca żadnego przymusu – ubrała mnie według swojego gustu. Kostium wykonany przez pracowników teatralnych był prześliczny, szczególnie skrzydła pazia królowej. Tak odmienny od wymaganego strój przyniosłam w ostatniej chwili przed występem.
Mimo, że wzbudzał ogólny podziw, górował kształtem, kolorem, rozmiarem i wzorem skrzydeł, różnił się całkiem od pozostałych motyli. No i zaczął się kłopot. Widownia pełna a czasu niewiele. Nie znaleziono innej rady – musiałam ja taniec prowadzić a nie byłam na to przygotowana. Drgały mi ręce, trzęsły się nogi gdy weszłam na scenę. To był istny horror. Jakoś przeżyłam i o dziwo występ udał się.
Na przerwie – dzięki mojej szacie – byłam głównym tematem rozmów publiczności.
W przyszłości organizatorzy imprez szkolnych pomni tej nerwowej „przygody” nie projektowali dla mnie kostiumów, tym bardziej, że i tak grałam główne role.

W szkole nauczycielki mówiły do nas po imieniu. Gdy miałam 11 lat przybyło dwóch profesorów, od fizyki i łaciny. Oni zwracali się do uczennic per pani. Nie dziwiłam się, bo poza szkołą i domem nigdzie nie używano w rozmowie ze mną odmiany w drugiej osobie.

Przełożona naszego gimnazjum dbała bardzo o jego reputację. Za każde przekroczenie regulaminu szkolnego była natychmiastowa reakcja aby nie doszło do rozgłosu. W czasie matury zabiezpieczone (obstawione) były okna i drzwi w obawie przed samobójczym wypadkiem.
Kiedyś przed szkołą rozegrałą się dziwna scena.
Żyjący w separacji rodzice Jasi wzajemnie ją sobie wyrywali. Mama za jedną, tata za drugą rękę.
Przełożona natychmiast zażegnała spór w obawie, by incydent ten nie zaważył na reputacji szkoły i nie przyczynił się do odebrania jej pierwszej kategorii. Rada pedagogiczna zadecydowała usunąć dziewczynkę ze szkoły. Na usilną prośbę ojca uczennicy zmieniono warunkowo decyzję.

Na zajęciach praktycznych zakłułam się kiedyś igłą w palec. Wywiązało się zakażenie a ponieważ nie było jeszcze wtedy antybiotyków – groziła mi amputacja.
Co działo się w domu, jak na to zareagowali rodzice, to trudno opisac!
W czasie operacji uśpiono mnie, mimo, że sobie tego nie życzyłam. Palec został uratowany ale to chyba zasługa rodziców. W szpitalu leżałam tydzień. W szkole zaś na klasówce z języka polskiego koleżanki dostały konkursowy temat: „List do Luni”. Wygrała właśnie Jasia. Wszystkie listy dostarczono mi do szpitala. Miałam miłą lekturę.
Jasi list rzeczywiście zasłużył na wyróżnienie.

Do Chrztu św. przystępowałam jeden dzień przed I Komunią św., w wieku 9-ciu lat. Sama wybrałam sobie imiona. Byłam na swój wiek wysoka, z daleka można mnie było wziąć za pannę młodą.
Jeśli już poruszane są sprawy kościelne, to muszę wspomnieć o rekolekcjach przedwielkanocnych. Odbywały się one przez trzy dni w szkole. W salach panował półmrok, świateł w ogóle się nie zapalało. Ogólna cisza. Nie wolno było rozmawiać a jeśli już koniecznie – to szeptem. Dużo uroku dodawały witraże. Przeważały w nich kolory niebieskie i fioletowe – bardzo nastrojowe. Rekolekcje były wolne od nauki.

Wiele zmieniło się dzisiaj od tamtych czasów ale komary jak gryzły tak i teraz gryzą.
Pojechaliśmy całą klasą na wycieczkę do Puszczy Białowieskiej. Miałam nadzieję, że stanę oko w oko z żubrem lub też zobaczę niedźwiedzia wyrywającego całe drzewo z korzeniami – bo i takie wypadki się zdarzały. Nic z tego. Za to była inwazja komarów. Kazano nam zaopatrzyć się w olejek goździkowy. Miałam ten środek ale go nie użyłam. I dobrze. Żaden komar mnie nie dotknął a dziewczęta, które się olejkiem posmarowały, zostały zaatakowane. Jedną z nich – Jadzię, tak mocno pogryzły, że zamiast normalnej twarzy miała purpurową maskę, tak niesamowicie opuchniętą, że oczy nie były widoczne. Musiało interweniować pogotowie ratunkowe. Ten incydent popsuł nam humor, tym bardziej, że wieczorem miałyśmy potańcówkę – pierwszy raz z chłopcami, którzy też przyjechali ze szkolną wycieczką. Dziewczęta oszpecone przez komary wstydziły się uczestniczyć w zabawie. Śmiałyśmy się, że komary mogły by pobrzydzić najładniejszą – Irkę B., bo i tak chłopcom by się podobała. Ale nie.

Dziwna jest mentalność dzieciaków.
Miałam miłą koleżankę – Wandę K. W szkole często z nią na przerwach rozmawiałam. Niejednokrotnie razem wracałyśmy ze szkoły.
Kiedyś popełniono na naszej ulicy zbrodnię. Zabójcę złapano, nazywał się K. Choć nic prócz nazwiska nie łączyło Wandy z przestępcą – to jednak i ja i inne dziewczęta zaczełyśmy izolować ją od siebie. Nie pomogły perswazje rodziców. Została sama.

Lubię wspominać gimnazjum Zaborowskiej-Michalskiej, bo choć stosunkowo krótko tam się uczyłam – była to jedyna normalna moja szkoła. Potem przyszła wojna a nauka była tajna. Naukę się wtedy „kradło”.

Jak dzisiaj tak i w tamtych czasach pokutowały u nas przesądy, uprzedzenia, czasem gusła ale to przeważnie na wsi.
Pamiętam, jak mama uczyła się jeździć na naszym młodzieżowym rowerze. Było to poza miastem. Po raz pierwszy wsiadła za kierownicę i nie mogła złapać równowagi. Na skraju lasu zobaczyła kobietę, którą chciała ominąć ale jak na złość rower pędził prosto na nią. Wieśniaczka skryła się w zagajniku, mama za nią. Tak, nie mogąc się zatrzymać, jechała między drzewkami za wystraszoną kobietą. Nie wiadomo czy ta nigdy nie widziała roweru czy też była jedynie pod działaniem wielkiego strachu – fakt, że zachowywała się obłąkańczo. Kreśliła w powietrzu znak krzyża, modliła się, przeganiała czarta, wołała o święconą wodę aby skropić napastnika – a mama nic, tylko pędzi za nią. Na szczęście w końcu wywróciła się, w momencie gdy już miała dopaść swojej ofiary. Mówię „na szczęście” bo kobieta dłużej już takiego stresu by nie wytrzymała.
Drugi obrazek. Lato spędzaliśmy całą rodziną w Ujściu Biskupim na Ukrainie. Gospodarze, u których rodzice wynajęli mieszkanie, byli bardzo grzeczni, życzliwi i zawsze chcieli nam pobyt umilić. Ze zdziwieniem dowiedzieliśmy się jak bardzo są zabobonni.
Danusia podeszła do psa w budzie, który radośnie się zachowywał: podskakiwał i kręcił ogonkiem. Gdy wyciągnęła rękę aby go pogłaskać – pies nieoczekiwanie rzucił się na nią.
Stała „jak wryta” na jednym miejscu. Gospodarze stwierdzili, że pies rzucił na nią urok i czym prędzej zabrali się do jego „odczyniania”. Do tej czynności potrzebna była skorupka od jajka, jakieś ziółka, włosek Danusi i trochę sierści psa, rozżarzony węgielek – i...po uroku.

Przed wojną mamusia należała do PWK (Przysposobienie Wojskowe Kobiet).
Ochotniczki wysłano na przeszkolenie do Izdebnej. Jest to pięknie położona w wysokich górach miejscowość. Nam też – dzieciom – wolno było razem z mamą tam wyjechać. Liczne wycieczki, zdobywanie szczytów i różne inne atrakcje sprawiały nam wiele przyjemności.
Kiedyś jechaliśmy z grupą furmanką chłopską na międzynarodowe zawody żużlowe. Przyjemna jazda w dwa koniki, przyśpiewki góralskie, wesoły nastrój. Całkiem niespodziewanie, bez uprzedzenia, góral zawrócił i nie chciał jechać dalej. Okazało się, że kot przebiegł mu drogę – a to wróży nieszczęście. Nie pomogły prośby. Pojechał w końcu ale inną, okrężną trasą. Na wyścigi nie zdążyliśmy i bardzo dobrze, bo skończyły się tragicznie: śmiercią jednego zawodnika – Niemca.

W Urlach widziałam dwa jednakowe pieski. Jak się później dowiedziałam – to było wielkie szczęście, że mnie nie dopadły, bo podobno mówiły ludzkim głosem i sprowadzały nieszczęście.

Podobne przesądy pokutowały przeważnie na wsi ale były też inne dziwaczne uprzedzenia.
W kamienicy, w której mieszkaliśmy, obok – za ścianą, sąsiadka – Irka urodziła nieślubne dziecko. Wówczas był to wielki wstyd, ba, nawet hańba!
Dziewczyna nie wychodziła z maleństwem na spacer, chowała się przed ludźmi, płakała. Na dziecko mówiono bękart, bachor, znajdek.
Mądra, miła osoba, podporządkowywując się bezlitosnym ówczesnym poglądom, porzuciła naukę i miała złamane życie.

Nietolerancja i dziwne uprzedzenia panowały również w naszej rodzinie.
Część wakacji 1934 roku spędzałyśmy razem z Danusią w Poznaniu u cioci Pelagii, na jej zaproszenie. Była to miła, dobra kobieta i bardzo przez nas lubiana. Jednak z jej zapatrywaniami trudno było się czasami pogodzić. Istną burzę wywołałyśmy spostrzeżeniem, że nasza mama podobna jest do artystki filmowej Marii Bogdy.
„Wasza matka to przyzwoita, uczciwa kobieta, jak można przyrównywać ją do tam takiej....artystki!!!” – krzyczała. Długo nie mogła się uspokoić. Ubolewała nad tym, że z ust naszych padły takie bezmyślne, poniżające naszą rodzinę słowa.

Ciocia Pelagia miała troje dzieci: najstarszą Bolesię, a Sylwka i Celinę w naszym mniej więcej wieku.
Będąc razem z Celinką na basenie, widziałam pierwszy raz w życiu topielca. Był naszym rówieśnikiem (9-10 lat). Widok był tak makabryczny, że prześladował mnie przez dziesiątki lat. Może dlatego wyrobił się u mnie strach przed wodą. To samo przeżywała Celina, lecz w przyszłości jakoś uporała się ze swoją słabością a nawet została sławną pływaczką i zdobywała nagrody. W mieszkaniu jej w Szczecinie wszystkie ściany obwieszone są dyplomami.

Moja mama – żywotna, o pogodnym, pełnym humoru usposobieniu, a przede wszystkim bardzo kochana, wnosiła w moje i nasze życie sporo optymizmu i radości. W swoich pomysłach i kawałach była nieprześcigniona.
Chcąc wypróbować wierność męża (mojego taty) zadzwoniła do niego do biura i zmieniając głos, po przedstawieniu się jedynie z imienia – zaproponowała spotkanie. Gdy tata odmówił, nalegała powołując się na jakieś miłe wspomnienia. Gdy i to nie pomogło, sięgnęła po ostateczną broń – natarczywość. Nawet w Biblii św. powiedziane jest: „kołaczcie a otworzą wam”.
Kołatała więc niezmordowanie i codziennymi telefonami uprzykrzała mu życie. Przerywała rozmowy z szefem, wywoływała go z ważnych konferencji, chciała go złamać i złamała. Cel został osiągnięty. Było to jednak połowiczne zwycięstwo, bo lepiej dla nich dwojga byłoby, żeby małżonek pozostał nieugięty do końca. Skoro jednak na koniec się nie zanosiło, tata postanowił go przybliżyć. Być może kierowała nim też i ciekawość. Do zgody doszło szybko ale przy lada okazji mama nie omieszkiwała mu tę „zdradę” przypominać.

Innym razem mama wieczorem schowała się do szafy aby skontrolować jak wytrzyma mąż jej nieobecność. Po dwugodzinnym przebywaniu w zaduchu zasłabła i ukazała między ubraniami swoją umęczoną, bladą twarz. Akurat wtedy tata, zdecydowany do rozpoczęcia poszukiwań – sięgnął po płaszcz i ... chyba po raz pierwszy w życiu ogarnął go strach. Nie wiadomo było, kogo z rodziców w pierwszej kolejności należało ratować.

Rodzice mieli atrapę broni – straszaka – perfekcyjne naśladownictwo w wyglądzie jak i w wystrzale.
Gdy wyjeżdżaliśmy latem na wakacje mama nie rozstawała się z nim nigdy. W podwarszawskich miejscowościach letniskowych grasowali czasami złodziejaszki-amatorzy z nadzieją na łatwy łup. Niedokładnie zamknięte drzwi balkonowe lub na werandzie czy też uchylone okno stwarzały ku temu okazję.
Niezbyt przyjemnie było nocą, gdy kręcił się ktoś naokoło naszej willi, Wtedy nieoceniona była broń.
Mama strzeliła raz lub dwa razy i słychać było tupot uciekających nóg. „Uzbrojona” chodziła również na spacery po lesie.

Ta właśnie broń przyczyniła się do „mrożącej krew w żyłach” – a jednak humorystycznej przygody.
W Warszawie do dobrych, często odwiedzających nas znajomych należał inż. B. Za każdym razem wręczał mojej mamie pęk pięknych róż i bombonierkę z pysznymi wedlowskimi czekoladkami. Lubiłam te wizyty przede wszystkim ze względu na zawartość bombonierek.
Kiedyś podczas jego odwiedzin mama była tylko z nami, bo tatuś nie wrócił jeszcze z pracy. Przy herbatce gość (pamiętam dokładnie jego słowa) oświadczył: „Pani Mario, nie ma rzeczy, której bym dla pani nie uczynił. Gotów jestem nawet oddać życie”.
Mama zapytała go, czy gotów jest umrzeć zaraz. Przytaknął. Przyłożyła broń do jego piersi i wystrzeliła.
Nie wiadomo czy huk ogłuszył człowieka, czy też pod wpływem strachu – przesiedział jakiś czas bez najmniejszego ruchu, potem dotknął okolicy swego serca sprawdzając, czy ma krew na ręku, pożegnał się i wyszedł. W progu minął się z wracającym tatą.
„Panie Piotrze” – powiedział – „pańska żona chciała mnie zabić ale opaczność czuwała nade mną”.

Straszak służył nam przez wiele lat.
W czasie wojny, gdy za posiadanie broni była śmierć, tata nauczył nas co mamy mówić podczas ewentualnej rewizji przez Niemców: „Das ist eine Schreckschusswaffe”.
W wojnę skończył się żywot naszej ukochanej broni.
Jakie były losy pana B.? W czasie bombardowania zginęła jego żona. Mając 80 lat ożenił się z 30-to letnią dziewczyną.

Rodzice uwielbiali taniec.
Każde nieomal spotkanie towarzyskie w naszym domu miało w programie tę właśnie rozrywkę. Wówczas tańczono walca, fokstrota, tango, walca angielskiego, slow-fox`a. Przyszły inne, może nie takie nowe, ale u nas mało znane, jak murzyński charleston, brazylijska rumba czy habanera („taniec radości, taniec miłości, taniec ten... rytm bolera, drobniutkie kroki w takcie karioki i cud się stał. Habanera – to nowy taniec, to nowa era, to nowy szał...”), („...od dziś jedno słowo „karioka” od dziś tańczy ją cały świat, daj dłoń, niech nas porwie karioka bo ten taniec trwać nam będzie przez tysiące lat”). Nie przetrwał tak długo ale rodzicom chodziło przede wszystkim o lambetłoka, ostatnio bardzo modnego. Rewelacja! („Kroczek naprzód, kroczek w bok, to jest właśnie lambetłok, jeden obrót w krąg i sześć uderzeń rąk”).

Aby pogłębić swoją wiedzę taneczną, zapisali się na naukę u profesora tańca. Byli zachwyceni. Po powrocie do domu za każdym razem popisywali się nowymi figurami.
Mamusia na prima aprilis postanowiła zrobić profesorowi kawał i wysłała mu list a raczej poemat tej treści:
„Ja pragnę czary po brzegi pełnej, czary pienistej
Ja pragnę pieśni jak uśmiech słodkiej, jak żar ognistej.
Pragnę twych oczu wpatrzonych we mnie, niemej pieszczoty.
Uśmiechu szczęścia co drży na wargach jak motyl złoty.
Pragnę, by dusze skuły się nasze pieśnią i snami
I myśli dumne, jak ptaki lotne płomiennie skrami.
I z tobą lecieć przez słońca żary, przez gwiazd miliony
Ty królewiczu z tęczowej baśni, mój śnie wcielony.”
Był to urywek z „Ody do księżyca” nieznanego mi autora. Żeby nie zdradzić się charakterem pisma – zleciła mi wykaligrafowanie tego wiersza, stąd go znam. Spodobał mi się i przez 73 lata go nie zapomniałam.
Muszę zaznaczyć, że w pomysł ten wtajemniczony był mój tata.
Profesor bezskutecznie szukał autora listu... Taka była moja mama!

A jaki był mój tata?
Poważny, zrównoważony, zdolny i nader pracowity. Miał co prawda przebłyski beztroskiej swawoli w pierwszych miesiącach po ślubie, kiedy to podobno w czasie spacerów wrzucał mamie za kołnierz leśne żuczki, straszył ją lub znikał nagle chowając się za drzewami. Były to tylko ostatnie podrygi jego dwudziestotrzyletniej młodości.
Po niespełna roku, już jako ojciec wciągnął się w wir pracy, odpowiedzialności, obowiązku.
Podziwiałam jego wiedzę. W moim mniemaniu należał do wszystkowiedzących. Nie było pytania, na które nie znał odpowiedzi, nie było problemu, którego by nie rozwiązał. Zawsze wierzyłam, że nie istnieją dla niego żadne przeszkody. Wszystko może. A jaki szeroki wachlarz zainteresowań. One to wciągnęły go do grona kół miłośników astronomii, numizmatyki, filatelistyki, PTE, Związku Księgowych i wielu, wielu innych. Należał nawet do Towarzystwa Kynelogicznego, prawdopodobnie ze względu na ukochanego psa, którego prowadził do psiej szkoły.
W czasie mojego dzieciństwa był założycielem i wieloletnim przewodniczącym Stowarzyszenia Opieki nad Młodzieżą Szkolną a po wojnie jednym z współzałożycieli Spółdzielni PSS "Społem".
To tylko mała cząsteczka jego działalności. Przy pracy i to przeważnie na kierowniczym stanowisku, kosztem snu i wogóle wypoczynku znajdował czas na te nadprogramowe zajęcia.
Tata był bardzo zdolny. Pamiętam - pierwsze radio na słuchawki sam sobie skonstruował. Pracował po nocach nad lunetą. Długo musiał polerować szkło na okular przy pomocy krystalicznego pyłku - karborundum.
Pięknie malował węglem. Były to pejzaże i portrety - przeważnie mamy.


Kiedyś w Urlach – gdzie byliśmy częstymi bywalcami – mieszkało nam się wygodnie, w ładnej willi wynajętej u hrabiego. Nie wiem kto był ten hrabia, nie widziałam go na oczy. Znałam natomiast jego zarządcę a równocześnie dozorcę. Nazywał się J-ski i w nocy czuwał w budce strażniczej nie opodal domu.
Tata, gdy nie miał urlopu, odwiedzał nas tylko co niedzielę (nie było wolnych sobót). Byłyśmy same.
Pewnej nocy coś przestraszyło mamę, jakiś szelest wokół domu czy coś w tym rodzaju. Strzeliła a potem wołała dozorcę J-skiego, lecz bez skutku. Zrobiło się cicho ale nikt z pomocą nie przybył, choć w strażnicy powinno być słychać. Następnej nocy powtórzyło się to samo. Mama postanowiła prosić dozorcę aby z naszej werandy poobserwował, kto zakłóca nam spokój. Gdy zaproponowała mu zanocowanie – wieśniak trochę speszony zgodził się, skoro łaskawa pani ma takie życzenie, tylko najpierw pójdzie się wykąpać.
Było z tego nieco śmiechu.

Przyplatał się do nas piesek, mały, czarny, krzywonogi jamnik.
Dostał jeść, trochę go popieściłyśmy a on nie myślał nas opuścić. Stwarzał pozory bezdomnego. Do środka mieszkania nie był wpuszczany, nocował na werandzie.
Mama śmiała się, że już J-ski nie będzie potrzebował się kąpać.
Po dwóch dniach zgłosił się właściciel pieska z pretensjami, że bezprawnie go przywłaszczono. Nie pomogło żadne tłumaczenie.
Piesek (Robak było mu na imię) mimo rozpaczliwego oporu został uprowadzony. Następnego dnia wrócił. Teraz już nie było sposobu, aby go od nas rozdzielić. Właściciel został pogryziony, gdy postanowił użyć siły.
Nie można nam jednak było czuć się właścicielami Robaka. Dramatyczne było rozstanie, gdy trzeba było już wracać do domu – do Warszawy. Na stacji kolejowej ludzie przywiązali go do słupa w obawie, by nie wpadł pod pociąg, tak szalał kiedy byliśmy w wagonie. Gdy pociąg ruszył – pies zerwał więzy i biegł za pojazdem aż straciliśmy go z oczu.

W czasie wakacji, tym razem w Rybienku nad Bugiem zapoznałam – oczywiście z siostrą – rówieśniczkę, 10-letnią Hankę z bratem Januszem i jego kolegą Stasiem M. Stanisław w przyszłości został znanym piosenkarzem. Danusia była jego sympatią, chyba z wzajemnością.
Danusia i Hanka polubiły się od pierwszego wejrzenia. Przyjaźń ich była wielka i trwała do śmierci Hanki, którą Niemcy rozstrzelali w czasie Powstania Warszawskiego, jedenaście lat później.
Na razie jednak dziewczęta często się widywały. Rodziny nasze też utrzymywały wzajemny kontakt.
Ostatni nasz wspólny wyjazd na wakacje przed drugą Wojną Światową nastąpił 1939 do Strusowa na Podolu – Ukrainie.
My, dziewczęta, miałyśmy tam świetny ubaw gdy nasze mamy rywalizowały ze sobą. Zaczęło się całkiem niewinnie. Muszę wyjaśnić, że wówczas wszystkie niewiasty od najwcześniejszej młodości do sędziwych staruszek, były przez mężczyzn całowane przy powitaniu w rękę. Oczywiście zdarzały się wyjątki. Były to jednak przypadki marginesowe, przeważnie u zatwardziałych kawalerów, którzy „wyróżniali” mężatki.
Kiedyś przedstawiono nam przystojnego młodziana – pana Alfreda. Ten podszedł najpierw do p. Heleny (matki Hanki) i pocałował ją w rękę, pozostałym niewiastom 14-sto, 15-sto letnim panienkom i mojej mamie podał tylko dłoń.
Początkowo pani Helena triumfowała opacznie rozumiejąc, że w ten sposób została przez pana wyróżniona. Okazało się, że Fredek wziął panią Helenę za matkę wszystkich dziewcząt łącznie z naszą mamą. Przeprosinom nie było końca. Pani Helena całą złość skupiła na mamie mimo, że winiła mężczyznę za brak wychowania, skoro miał czelność tak myśleć. Na szczęście cały ten incydent zakończył się – jako żart – znośnie. Pani Helena jako punkt honoru przypisała sobie walkę o względy przystojnego młodzieńca. Dawała z siebie wszystko aby wyglądać młodziej i wdzięczniej – jak dziewczyna – ale z mamusią nie miała jednak żadnych szans, zawsze przegrywała.
My dziewczyny, miałyśmy nie lada zabawę jak Fredzio (nazywałyśmy go Fredziem Trawiastym) obsypywał moją mamę komplementami, prawił wiersze, śpiewał serenady pod jej oknem.
Mąż pani Heleny śmiał się mówiąc: „Czy pan wie, że mąż pani Marii ma silne pięści?”, a on na to: „Czy będzie to mąż, czy znajomy, czy kochanek, z dumą podniosę rzuconą mi rękawicę”.

Pobyt w Strusowie przysporzył mi wiele radości. Sama miejscowość jest pięknie położona nad wodospadem rzeki Dniestr. Lubiłam jeździć kajakiem ale najbardziej odpowiadała mi gra w siatkówkę. Wprawiłam się w nią nieźle, bo często urządzaliśmy zawody. Były to moje ostatnie wakacje przed wybuchem wojny. Było cudownie. Nie wyczuwało się wcale niebezpieczeństwa wojny. Zawarłam wiele nowych znajomości. Były oczywiście wymiany adresów i dużo planów na przyszłość.
Po raz pierwszy w życiu byłyśmy (oczywiście z mamą) na całonocnym dancingu, który był zorganizowany dla letników na jakiś cel charytatywny. Uczestniczyli w nim również chłopcy z podchorążówki. Mieli ładne mundury z czerwonymi lampasami na spodniach. Wytańczyłam się chyba za wszystkie lata, które miały nastąpić.

Jako 14-latk a poznałam swoją pierwszą w życiu sympatię. Był to 27-letni lekarz wojskowy. Tak ładnie się złożyło, że polubił mnie również. Był synem miejscowego artysty rzeźbiarza, na imię miał Tadeusz. Znany był mieszkańcom Strusowa ze swojej życzliwości. Jako lekarz bezinteresownie udzielał im pomocy. Jakże inny był jego kolega, też lekarz.

Wielkie było moje zdziwienie, gdy Tadek poprosił mamę o moją rękę. Wtedy należało to do dobrego zwyczaju. Skrzętnie ukrywałam swój młody wiek a z wyglądu byłam o trzy lata starsza i to prawdopodobnie go zmyliło. Tę pomyłkę przeżył bardzo.
Ja natomiast całkowicie nie byłam przygotowana do życia samodzielnego więc się specjalnie tym faktem nie przejęłam. Straciłam „adoratora” ale sympatia pozostała, tym bardziej, że Tadzio przy pożegnaniu wyraził chęć odwiedzenia mnie za parę lat. Na razie miałam ich czternaście.
Właśnie bardzo dobrze zdałam do czwartej klasy gimnazjum i w nagrodę rodzice obiecali mi wymarzony przeze mnie prezent: maleńką małpkę, którą nazywałam kieszeniówką i parę maleńkich papużek. Wracałam więc po wakacjach do domu jak na skrzydłach. Niestety, prezentów tych nie doczekałam się nigdy.
Droga powrotna do Warszawy była utrudniona z powodu wstrzymanego ruchu pociągów pasażerskich. Było już zatem wiadomo co to znaczy – wojna! Mama zrezygnowała z propozycji wyjazdu do Rumunii aby nie rozstawać się z tatą. Grzecznościowo zabrano nas pociągiem wojskowym.





IV.  ybuch wojny

W dzień po naszym przyjeździe do Warszawy – 1 września 1939 r. godz. 4.45 o świcie Niemcy przekroczyli granice Polski.
Atak na Westerplatte i w błyskawicznym tempie opanowanie przez Niemców terytorium całego naszego kraju zapoczątkowało długotrwałą gehennę narodu polskiego. Od pierwszego dnia wojny tysiące niewinnych ludzi ginęło w bestialskich bombardowaniach wszystkich obiektów bez wyjątku: domów mieszkalnych, szpitali, kościołów, placówek PCK, ośrodków przemysłowych, kulturalnych, dróg komunikacyjnych zarówno w miastach, miasteczkach czy wioskach.
W czasie oblężenia Warszawy (8-28 września) w jej obronie brał udział również nasz ojciec.
Ze wzruszeniem wspominam prezydenta naszego miasta, Stefana Starzyńskiego, który swoimi słynnymi przemówieniami radiowymi dodawał ducha mieszkańcom. Był również komisarzem cywilnym obrony Warszawy. Na posterunku dotrwał do końca. Po wejściu Niemców był aresztowany, torturowany i w końcu zamordowany w obozie koncentracyjnym.

W pierwszych dniach oblężenia naszego miasta tatuś przeżył niecodzienną przygodę i można powiedzieć, że dopisało mu szczęście.
Znalazł się pod obstrzałem bez możliwości schronienia przed rozrywającymi się szrapnelami.
Przez plac (prawdopodobnie Plac Grzybowski) przebiegały właśnie spłoszone hukiem dwa konie: biały i ciemnobrązowy. Natychmiast powziął tata decyzję aby jednego z nich dosiąść. Którego? Nie było czasu na zastanowienie. Losowo przypadł mu ciemniejszy. On to uniósł gdzieś intuicyjnie w bezpieczne miejsce swego przygodnego jeźdźca. Drugi - biały konik, chwilę później padł rozerwany przez pocisk.
Było to przysłowiowe "szczęście w nieszczęściu".

Ponieważ w dzielnicy naszej nie było schronu a bombardowania nie ustępowały – mama dla większego bezpieczeństwa postanowiła, razem z nami oczywiście, skorzystać z nowoczesnego schronu żelbetonowego na poziomie dwóch pięter w dół, który znajdował się pod 11-to piętrowym gmachem Ubezpieczeń Wzajemnych. Miałyśmy przy sobie tylko koc i trzy maski gazowe, które w wielkim tłoku służyły nam do siedzenia.
Mamusia miała dar przewidywania. Bez najmniejszego powodu przeczuła niebezpieczeństwo i siłą wyprowadziła nas do drugiego pomieszczenia w schronie, oddzielonego długim, wąskim korytarzem.
Ledwo tam dobiegłyśmy – tragedia.
Bomba, która trafiła akurat na wolną przestrzeń nad kotłownią zburzyła tę część schronu, w której poprzednio przebywałyśmy. Prawie wszyscy zabici, niewielu bardzo ciężko rannych a my, żyjący, zostaliśmy odcięci od świata. Wszystkie drzwi, i te awaryjne – zasypane gruzami. Powstała panika, ludzie zaczeli się dusić. Po wspólnej, mozolnej pracy udało się odsłonić wąski tunel i w pozycji leżącej, pojedynczo zaczęliśmy wyczołgiwać się na „wolność” – a wolność wyglądała przerażająco.

Była noc ale wszędzie jasno i czerwono od pożarów. Wokoło paliło się i nie wiadomo było dokąd iść. Na dobitek bombardowanie nie ustawało. Każdy kierunek był zły, bo wszędzie trzeba było wchodzić w ogień.
Byłyśmy bezradne. Mama jednak ze swym instynktem „samozachowawczym” ciągnęła nas przez tą pożogę. Nie wiem jak długo trwała nasza wędrówka przez to piekło. Dołączyło się dodatkowe niebezpieczeństwo – spadały z góry elementy zniszczonych, przepalonych domów, a tego w ogromie ognia nie było widać.

Musiało mamę targnąć jakieś przeczucie, bo znienacka szarpnęła mnie za rękę (przez cały czas z rąk swoich nas nie wypuszczała) tak mocno, że runęłam na ziemię. Szybko podniosłam się, ale ta chwila przerwy ocaliła nam życie. Przed nami bowiem spadła płonąca, wielka jak drzewo bela.
Zatrzymałałyśmy się w jedynym na tym terenie miejscu wolnym od ognia. Były to łaźnie miejskie wykładane kafelkami. Drzwi i okna powyrywane, na przestrzał wichura szalała i wydawało się, że złowieszcze języki czerwonego kura liżą już ściany budynku. Nam jednak miejsce to wydawało się azylem chroniącym nas od śmierci. Każda z nas weszła do osobnej wanny. Twarde ale bezpieczne były to legowiska.
Tam też odnalazł nas tata. Przeszukiwał najpierw zburzony schron. Znalazł się świadek, który widział Danusię z oderwaną głową, mamę w bandażach całą a ja zniknęłam. Inny widział same trupy. Tata wygrzebał z gruzów nasz koc ale najgorszej myśli do siebie nie dopuszczał. I tak „zdobywając” dom po domu, a raczej ich ruiny, odnalazł zguby.
Po powrocie do domu postanowiłyśmy nie opuszczać go już nigdy.






V.  kupacja

Bombardowania jeszcze trwały, Warszawa broniła się ale jakże zmieniona!
Ruiny, trupy koni a przy nich mieszkańcy wycinający kawały jeszcze ciepłego mięsa (brrrrr!), brak wody, światła, żywności a przede wszystkim wielkie straty w ludziach.

Ponieważ powszechnie wiadomo było, że nastaną ciężkie, głodowe czasy – rodzice chcieli zaopatrzć się w jakiekolwiek zapasy żywnościowe, które dały by przetrwać przez kilka najbliższych dni.
Wielka więc była nas wszystkich radość, gdy zdołali „zdobyć” słoninę i przetopić z niej dwa wielkie kamienne gary smalcu.
Radość trwała niecała dobę.
Tak się złożyło, że tata niespodziewanie sprowadził z ulicy 20-tu Poznaniaków-uciekinierów. Trzeba zaznaczyć, że w okresie tym była wielka wędrówka Polaków. Z zachodu – w obawie przed Niemcami uciekali na wschód i odwrotnie – szukając ratunku przed Rosjanami, wybierali zachód.
Tak więc amatorów na nas smalec było sporo. Uciekinierzy przenocowali, zjedli smalec i wyruszyli w dalszą drogę.
Wizyta miała działanie „wyczyszczające” z zapasów cennego tłuszczu.
Zaraz po tym fakcie wprowadziła się do nas właścicielka kamienicy. Mąż jej uciekł przed Niemcami. Została sama z dwojgiem dzieci: Jolą i Jędrusiem. Pani Marta nie miała co jeść a poza tym ogromnie się bała. Nie było innej rady jak ich przygarnąć i dzielić się tym „czym chata bogata”.
Pan Wacław po kilkunastu dniach powrócił wyczerpany, zziębnięty, głodny, bez grosza przy duszy i też dołączył do naszej siódemki.
Gdy zjawił się u nas wujek Stefan Górski – brat mamy – z czworgiem dzieci (piąte zostało z matką-ciocią), nasi gospodarze się wyprowadzili.


Po kapitulacji Warszawy 28 września 1939 roku i wejściu okupanta skończył się dla mnie okres szczęśliwego życia (wyłączając oczywiście okres czterotygodniowych działań wojennych).
Było to nagłe przejście z cieplarnianych warunków do czarnej, pełnej niewiarygodnie wielkich dramatów ludzkich rzeczywistości.
To co w swej ohydzie nie do wyobrażenia – stało się możliwe, a co wydawało by się w zasięgu ręki – nieosiągalne.
Świat wywrócił mi się do góry nogami. Najgorsze, że upadła wiara w człowieka.

Po raz pierwszy zetkęłam się z terrorem, doświadczyłam życia niekończących się zakazów pod groźbą jego utraty, życia pełnego lęku przed nieuzasadnioną odpowiedzialnością zbiorową.
Taką to codzienność zgotował nam wróg.
Niemcy dążąc do całkowitego unicestwienia naszego narodu zaczęli od niszczenia najistotniejszej dziedziny bytu - kultury. Pozamykano więc szkoły, biblioteki, muzea, teatry, operę, zlikwidowano radiostację, normalną prasę, grabiono i wywożono z Polski cenne zbiory literackie, dzieła sztuki, niszczono pomniki - po prostu znikały gromadzone przez wieki zabytki.
Obowiązujące pod karą śmierci zakazy zawężały poniżej minimum nasz poziom życia. Tak więc nie wolno było gromadzić się, posiadać ani słuchać radia, rodzinnej muzyki - w szczególności Chopina, obowiązywała godzina policyjna.
Najbardziej bolesnym ciosem dla naszego świata nauki było wymordowanie w obozach koncentracyjnych profesorów. Wobec zamknięcia szkół średnich i wyższych i zalegizowania jedynie powszechno-zawodowych moja normalna jawna edukacja skończyła się w wieku 14-tu lat. Dalsza nauka była już tajna, konspiracyjna.
Dla ratowania naszej toższamości narodowej i możliwości przeciwstawiania się okupantowi we wszystkich jego poczynaniach było zejście do podziemia. 
Bardzo skuteczny okazał się zbrojny ruch oporu ale też tajne koncerty, teatr, prasa, radiostacja, nauka i inne przynosiły pożądane rezultaty.

Cała młodzież polska należała do jakiejś organizacji. Ja wybrałam AK – Armię Krajową (początkowa nazwa Z.W.Z.) – najbardziej patriotyczną.
Uczyłam się na tajnych kompletach, które odbywały się w naszym mieszkaniu. Rodzice bardzo ryzykowali, bo za takie „przestępstwo” groził najwyższy wymiar kary.
Kiedyś wcześnie rano, przed rozpoczęciem lekcji, gdy dziewczęta zaczęły się dopiero schodzić – wtargnęli Niemcy z rewizją. Nie wiadomo czego szukali. Koleżanki szybko wzięły się do glansowania suknem podłogi, pod tapczan wsunęły książki. Na szczęście jedna z uczennic, która przed domem zobaczyła Niemców szybko zawróciła aby ostrzec pozostałe koleżanki i nauczyciela. Przygoda zakończyła się pomyślnie, Niemcy nie zorientowali się w sytuacji ale mieszkanie zostało spalone. Szkoła nie chciała ryzykować.

Dalej uczyłam się u Żmichowskiej a następnie w architektonicznej szkole inż. Jastrzębskiego, która niby zawodówka funkcjonowała legalnie jako „żeńska szkoła dla kreślarek przemysłu budowlanego”. To było jednak mało. Jedynie praca – która zresztą była przymusowa – mogła czasami uchronić przed wywózką do Niemiec na roboty przymusowe.
Ponieważ ze szkoły znałam trochę język niemiecki – Arbeitsamt (Urząd Pracy) przydzielił mnie do biurowej pracy w przedsiębiorstwie malarskim: „Karl Hoffmann – Malerbetrieb”.
Danusia znała język francuski i zatrudniono ją jako robotnicę przy maszynach w fabryce farb „Ultramaryna”. Nigdy fizycznie nie pracowała, więc zignorowała to skierowanie. Rezultat był natychmiastowy. Dostała nakaz przymusowej pracy w Niemczech.
Teraz zaczęła się tragedia rodzinna. Rozpacz i ta zniewalająca bezradność: co robić, jak pomóc?
Ojciec „kołatał” do wszystkich drzwi dygnitarzy niemieckich, składał podania, prośby, przekonywał. Wreszcie po wielu, wielu zabiegach udało mu się nakaz anulować.
Na pewno pomogła mu w tym doskonała znajomość języka niemieckiego ale i tak incydent ten przypłacił zdrowiem.
Siostra dostała z mojej firmy fikcyjne zaświadczenie pracy. Było dobre, bo zaznaczono w nim, że zatrudniony nie może być pociągniety do żadnych innych prac.
O takie legitymacje wystarałam się dla wielu ukrywających się znajomych. I dobrze się stało, bo czas był nadzwyczaj niebezpieczny.

Zastępca szefa przedsiębiorstwa w którym pracowałam nie był złym człowiekiem. Nie udawał, że nie widzi zła wyrządzanego przez jego ziomków. Niejednokrotnie dostawał ataku serca. Fershofen (tak się nazywał) psychicznie nie wytrzymał pobytu w Polsce, rzucił pracę i wrócił do domu – do Reichu. Powiedział mi przed odjazdem: „Na szczęście Niemcy przegrają wojnę, bo jeśli by się tak nie stało – to nie daj Bóg jaki los by was (to znaczy Polaków) spotkał” i kilka łez – widać hamowanych – spłynęło mu po policzku.

Kiedyś miałam w biurze przeżycie. Przyszedł do firmy nakaz wpłaty olbrzymiej sumy – dziś już nie pamiętam jakiej. W przeciwnym wypadku wszyscy będą rozstrzelani. Miał się zgłosić po nią w oznaczonym terminie posłaniec po „przesyłkę dla pana Marksa”. Hoffmann sumę tę kazał wypłacić. Podejrzewam, że był to kawał jakiejś osoby prywatnej. Organizacja podziemna nie groziła by śmiercią wiedzac, że w gmachu są sami Polacy. Trochę emocji jednak było.

Praca, nauka, przymusowa praktyka (w moim przypadku najczęściej w aptece) a wieczorami odrabianie lekcji przy świecach lub karbidówce z braku światła elektrycznego i bardzo mało rozrywki – oto treść mojego nastoletniego życia. Dochodziły do tego stresy, warunki egzystencjonalne i niepewność nie tylko jutra ale każdej chwili bieżącej, bo nieoczekiwanie wszystko co najgorsze mogło się stać.
Niemcy bezlitośnie niszczyli Polaków. Ciągłe łapanki na ulicach, branie zakładników, którzy przy lada okazji albo i bez byli likwidowani, najgorsze jednak - to egzekucje publiczne.
Każde wyjście z domu mogło być bezpowrotne i odwrotnie – dom nie stanowił azylu, bo krwawy okupant mógł bez pardonu tam wtargnąć.

Którejś nocy przebudził mnie błysk latarki przyłożonej do oczu.
Początkowo była wielka cisza. Nikt z rodziny się nie odzywał. Chyba mnie ostatnią wyrwali Niemcy ze snu.
Najlepiej lubili przeprowadzać rewizję nocą. Człowiek zaskoczony najszybciej da się złamać. Ciekawe tylko, jak się dostali do wnętrza mieszkania, bo nikt z nas im nie otworzył.

Jak już mówiłam, rozrywek było bardzo niewiele ale wśród tego chaosu życiowego trzeba było wykrzesać trochę czasu na tę dziedzinę „sportu”.
Miałyśmy razem z moją ukochaną Danusią wspaniałą „paczkę” – około 30 osób zaufanych, przemiłych, pełnych entuzjazmu. Wszyscy należeli do podziemnej organizacji. Spotykaliśmy się przeważnie u nas nocą. To były miłe spotkania. Urządzane były wtedy potańcówki, bo taniec – to jedyna rozrywka, która nam pozostała.

Nie byłam tak podatna do przyjaźni jak Danusia. Ona od najmłodszych lat miała przyjaciółki. Oprócz Hanki związała się bardzo z Krysią, której losy wojenne okazały się tragiczne. Niemcy zamordowali jej rodziców i brata. Została sama. Żeby wypełnić pustkę – jako osiemnastoletnia dziewczyna wyszła za mąż. Na świat przyszła dziewczynka – Marta. Niestety dziecko nie zobaczyło ojca, którego w kilka miesięcy po ślubie Niemcy zamordowali na Pawiaku.
Do serdeczniejszych koleżanek mojej siostry należała też Danusia W., Wanda G., Madzia K. i Stefcia S.
Ja nigdy nie wierzyłam w prawdziwą przyjaźń więc miałam tylko koleżanki, ale dwie z nich wyróżniałam. Pierwszą była Jania – chyba najbardziej przeze mnie lubiana ale zginęła w czasie bombardowania i w gruzach nie odnaleziono nawet jej szczątków. Druga – bardziej dojrzała, o cztery lata ode mnie starsza – to Wanda.
Ta – ze względu na skomplikowaną dość naturę gmatwała sobie niepotrzebnie życie. I choć nie zawsze zgadzałam się z jej poczynaniami – bo była przeciwieństwem mojego charakteru – stawiałam ją na pierwszym miejscu w moim gronie najbliższych mi osób.
Ponieważ spędziłam z nią właściwie nieprzerwanie 6 lat wojny, co stanowi czternastą część mojego dotychczasowego życia – w pewnym stopniu przyczyniła się do jego historii.
Wanda w dzieciństwie chorowała, co odbiło się niekorzystnie na jej nauce. Przerwa trwała dosyć długo i stąd taka duża różnica wieku pomiędzy nami mimo, że od chwili poznania byłyśmy zawsze w jednakowej klasie. Miała dwie siostry i brata – młodszych od siebie. Już na początku wojny Niemcy zamordowali jej ojca i brata. U nas znalazła swój drugi dom.
Razem z moją rodziną dzieliła trudy okupacji. Razem też przeżywaliśmy wspólne miłe, pełne nadzieji chwile.
Wanda była ładna, energiczna, przyjemna we współżyciu i ogólnie lubiana. Od początku naszej znajomości ubiegał się o jej względy Staś P., którego matka traktowała Wandę już jako przyszłą synową. Nic z tego nie wyszło. Ona w myśl przysłowia "każdy jest kowalem własnego szczęścia" postanowiła sama o to szczęście walczyć, pokonując wszelkie przeszkody nawet gdyby miało to przynieść uszczerbek jej ambicji. Z odważną tą i obcą mi całkiem metodą nie mogłam się zgodzić. Poglądy mam raczej tradycyjne.
W życiu Wandy liczyło się dwóch wyidealizowanych mężczyzn, których darzyła niepohamowanym uczuciem.
Pierwszym był Jaś - ogromnie okaleczony przez wojnę. Szrapnel wyrwał mu połowę twarzy a jego makabryczny wygląd nie robił na dziewczynie przykrego wrażenia. Takie przypadki zdarzają się czasami nie tylko w powieściach. Nie opuszcza się człowieka bliskiego a poszkodowanego przez los. Oni jednak wcześniej się nie znali. Wanda przegrała. Chłopak nie chciał nikomu komplikować życia.
Odchorowała tę stratę boleśnie. Była wielka rozpacz i wiele wylanych łez. Przyszło pocieszenie w osobie Stefana. Zakochana od pierwszego wejrzenia wmawiała w siebie i w innych, że chłopak jest jej przeznaczony. Żarliwie modliła się żeby został jej mężem i ojcem dwojaczków. W tej intencji pościła w Wielki Tydzień o suchym chlebie i wodzie. Tej szansy nie zamierzała przepuścić.
Śmiałam się. Niezrozumiałe były dla mnie jej plany.
Z Wandą różniłyśmy się. Łączyła nas jedynie obopólna sympatia, ogromna zażyłość. Miałyśmy inne charaktery, zamiłowania, gusty, poglądy, inne sposoby zachowania. Jednak dobrze czułyśmy się w swoim towarzystwie. Jeśli były jakieś małe nieporozumienia - to wyłącznie z mojej winy, bo byłam uparta i nieustępliwa. Ona wszystko łagodziła. Nasze plany na przyszłość na ogół tak prozaiczne - okazały się trudne do realizacji. Niewiele pragnęłyśmy. Najważniejsze, żeby utrzymywać ze sobą kontakt, kiedyś po założeniu rodzin blisko mieszkać i dzieci nasze - jeżeli to będzie możliwe - połączyć małżeństwem. Wtedy stanowić będziemy prawdziwą rodzinę. Nie ziściły się nasze marzenia.
Relacje Wandy ze Stefanem wyglądały różnie. W swej walce o szczęście miała chwile triumfu, czasami były łzy. Zaabsorbowana Stefanem traciła nad sobą kontrolę. Przez nieuwagę wpadła pod samochód, wyleciała również z ruszjącego na stacji pociągu. Na szczęście oba przypadki zakończyły się pomyślnie, bo jedynie ciemnofioletowymi sińcami na całym ciele. Jakby wyszła z atramentu.
Nieoczekiwanie skończyła się nasza zażyłość. Zerwałam z Wandą. Stało się to gwałtownie, pod wpływem emocji. Nie pomogły wielokrotne przeprosiny, skrucha, prośby i dużo łez. Draśnięto moją ambicję - w takim wypadku pozostałam nieubłagana. Teraz z perspektywy czasu patrzę na tą sprawę z przymrużeniem oka. Wtedy dla mnie nie była błaha. Znacznie ucierpiało moje ego.  

Niedługo wybuchło Powstanie Warszawskie. Mnie wywieziono w 13-tym dniu do Niemiec do obozu, ona przez cały czas powstania brała w nim udział.
Po zakończeniu walk spotkała gdzieś Stefana. Przebrała go za babcię (jak to zrobiła nie mogę sobie wyobrazić, bo był to bardzo wysoki mężczyzna) – i wyprowadziła z Warszawy.
Zaraz po wojnie odbył sie ich ślub. Wtedy jeszce nie wróciłam do Polski. Napisała do mnie list z przeprosinami. Między innymi takie zdanie: „Wojna się skończyła, nawet skazańcom z szafotu darowuje się winy, więc może ty – tej takiej...wiesz jakiej, wybaczysz...”. Potem dużo, dużo serdecznych słów.
Miało to być – według mnie – zerwanie na zawsze, ale... co miałam robić? – Wybaczyłam.
Trzymałam do chrztu jej pierwszego synka Jacka, drugi był Maciuś a za trzecim razem dwojaczki.
Wszystkie więc życzenia Wandy spełniły się.
Nasze wspólne natomiast marzenia kiedyś usnute nigdy się nie zrealizowały.
Nie mieszkałyśmy blisko siebie, nasze kontakty nie były częste, nasze rodziny nie połączyły się.
Przeżyłam tak miłą mi niegdyś osobę - jak dotąd - o dwadzieścia lat. Umarła w tym samym roku co Danusia.


Przede wszystkim powinnam napisać o Danusi, bo to ją stawiałam zawsze na pierwszym miejscu – przed koleżankami.
Nigdy jej o tym nie mówiłam, że gotowa byłam dać, zrzec się, zrezygnować z tego, co sprawiło by jej przyjemność. Może to zabrzmi dość wzniośle ale to JEJ zadowolenie było dla mnie ważniejsze niż moje.
Ona jednak nie potrzebowała żadnych ustępstw. Doskonale sobie radziła sama. Mogła mieć wszystko na życzenie – oczywiście w normalnych warunkach.
Właściwie różniłyśmy się od siebie bardzo, tak wyglądem jak i charakterem.
Dobra, łagodna, niekonfliktowa, naiwnie ufna – zyskała sobie dużą sympatię w otoczeniu ale przez nieznajomość natury ludzkiej niejednokrotnie wyzyskiwana, chociażby w pracy. Robiła to zresztą z chęcią wiedząc, że sprawi tym przyjemność innym. W razie potrzeby nigdy nie odmówiła i mi pomocy.
Była również troskliwą i niezrównaną „pielęgniarką” rodziców w okresie ich starości i choroby.
Ładna, zgrabna – podobała się na ogół wszystkim mężczyznom począwszy od od zwykłego robotnika po artystę czy naukowca.
Śmieliśmy sie, bo w gronie jej wielbicieli był też gruziński potomek książęcy: Wladimir M-dze.
Przy niej koleżanki, łącznie ze mną, niewiele miały szans.
Ja żyłam w cieniu Danusi.
Mogła dowolnie wybierać z licznego grona adoratorów a jednak nie wyszła za mąż. Dziwne było jej podejście do mężczyzn. Być może to wielkie powodzenie bawiło ją, bo też i humorystycznie traktowała wielbicieli. Potrafiła umówić się z kilkoma na raz w jednym miejscu i o jednej porze, na przykład w kawiarni a sama nieobecna bawić się ich zażenowaniem.
Jurek starał się o nią 6 lat. Oficjalnie oświadczać się przyszedł do naszych rodziców wraz z ojcem, dostał „kosza” lecz jeszcze długo nie tracił nadzieji.
Edmund, uczuciowo i finansowo przygotowany do małżeństwa też nie mógł się pogodzić z rolą odrzuconego i był u nas stałym gościem długo, długo.
Jedną z ofiar był Janek. Ten jednak po porażce honorowo usunął się z pola widzenia.
Dużą cierpliwością odznaczał się Stasio.
Najbardziej jednak miły i ładny moim zdaniem był Sewek (mnie osobiśćie odpowiadał więcej jego brat Marek).
Wszyscy kandydaci na mężów byli wysocy, przystojni, inteligentni, mili, słowem – same superlatywy można im było przypisać.
Sewek jednak, choć nie w moim guście, bo bardzo jasny blondyn, miał jakiś niezwykły urok i jego najbardziej mi żal. Był bardzo w Danusi zakochany.
Tyle lat minęło a ja jeszcze pamiętam wierszyk, jaki wpisał do jej pamiętnika:
„Gdy mnie nie będzie cóż zostanie Ci?
Tylko wspomnienia naszych przeszłych dni
Tylko z za mgły ten obraz blondyna
Którego imię na S się zaczyna”.
Po kilku dniach, gdy poznał Stasia, dopisał: „tylko czasem nie na St...”

Wracająć do Danusi – dużo można by pisać o Januszu czy Kaziku. Nie sposób jednak wyliczać najbardziej cierpliwych adoratorów z okresu wojny, bo wtedy było ich najwięcej. Niestety, prawie wszyscy zginęli w czasie Powstania Warszawskiego.


W kamienicy naszej mieszkał wraz z żoną i synkiem Ryśkiem pan N.
Człowiek raczej prosty ale ze sposobu zachowania i współżycia z lokatorami, nie można go było zaliczyć do ludzi prymitywnych. Pozory jednak mylą.
Nazwisko zmienił na Niemeczek i zapisał się na listę Volksdeutschów. Wyposażony został przez Niemców w broń, której nieobliczalnie używał.
Mieszkańcy bali się go, bo potrafił w nocy po pijanemu latać po ulicy strzelając gdzie popadnie. Nikogo nie zabił na szczęście – przynajmniej w naszym otoczeniu.
Czy donosił? – nie wiem.
Kiedyś w czasie jego „popisu” na ulicy zatrzymał się przed nim samochód. Ktoś odczytał wyrok: „W imieniu Rzeczpospolitej...”
Niemeczek dostał siedem strzałów, ciężko ranny – przeżył.

W pierwszym roku wojny przyjechał do nas do Warszawy mój cioteczny brat – Marian z Poznania. Ukrywał się przed Niemcami.
Przystojny, miły dwudziestojednoletni chłopak. Piszę o nim dlatego, że pobyt w naszym rodzinnym gronie zaliczył on do najszczęśliwszego okresu w swoim życiu.
Należał do jakiejś sekty – wyznawców Jehowy czy Baptystów, tego dokładnie nie wiem. Z tego chyba też powodu wychowywany był dosyć surowo, miał dużo obowiązków i raczej izolowany był od świata. U nas poznał ludzi, trochę się pobawił (to znaczy potańczył) i jak sam twierdził – nie widział jeszcze na raz tylu pięknych dziewcząt, mając na myśli nasze koleżanki. Tu po raz pierwszy się zakochał. Pod tym względem też miał sporo trudności, bo za duży wybór. Najbardziej jednak przypadły mu do serca dwie siostry. Przed Krysią klękał, Żanetce wyznał miłość. Obiecał sobie przyjechać po obydwie po wojnie.
Mariana polubili wszyscy.Tak wiele potrafił czerpać radości a tak mało miał wymagań w krótkim życiu.
Zaraz po powrocie do Poznania został przez Niemców wraz z większością rodziny zamordowany.

Nie mieliśmy szczęścia do zapasów żywnościowych. Nawet nie chodziło o zapasy ale po prostu o jakiś lepszy kąsek „na ząb”.
W tym celu tata wybrał się do Chełmna na zakupy.
Niemcy nazywali taki zakup szmuglem, bo zwykle sprzedawano go innym dla zarobku. Był zakazany pod karą śmierci.
Udało sie! Łup był wspaniały: 3 kg mięsa, sporo słoniny i trochę kiełbasy.
Akurat zwaliło się do nas dużo młodzieży z ulicy Natolińskiej w ucieczce przed Niemcami. Kryli się u nas do czasu aż niebezpieczeństwo minęło, to znaczy 3 tygodnie.
Zdobytego z ryzykiem życia jedzenia starczyło na dwa dni.

Kiedyś, późnym wieczorem, w czasie spotkania towarzyskiego przyjechał do nas niespodzianie oficer niemiecki.
Wręczył jakąś paczkę od rodziny O. z Poznania.
Wszyscy obecni przerwali taniec i z przerażenia „stanęli jak wryci”. On także czuł się nieswojo w obecności 30 młodych ludzi. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że zgromadzenia były przestępstwem.
Po chwili nienaturalnego milczenia jedna z koleżanek poprosiła go do tańca a on nie odmówił. W ten sposób rozładowało się jakoś napięcie.
Niemiec nazywał się Ohenio. Prawdopodobnie było to tylko imię.
Rodzina O. prosiła go o ważną podobno przysługę. Co było w paczce – nie wiadomo, ale przeznaczona była dla nieznanych nam osób, którym z kolei rodzice mieli tę przesyłkę dostarczyć.
Ciekawe, dlaczego nie skierowano Ohenia bezpośrednio pod właściwy adres. Podejrzenie było, że to sprawa konspiracyjna.
W każdym razie zrobiono nam niedźwiedzią przysługę, bo nie wiadomo było jak się Niemiec zachowa. Doniesie czy nie? A młodzi byli wszyscy w podziemnej organizacji.
Na dobitek Niemiec pozwolił sobie na odwiedzanie nas. To było straszne!
Przed kamienicą staje samochód, wysiada Niemiec, idzie do nas....Co pomyślą mieszkańcy?
Na szczęście „wizyty” były nieczęste i krótkie. W jakim celu – nie wiadomo.
Ostatni raz przyszedł pożegnać się, bo wysłano go na front wschodni. Prawdopodobnie już stamtąd nie powrócił. Zostawił worek cukru i szybko ulotnił się. Nie było możliwości zwrócić mu pieniędzy a cukier to był wtedy skarb.
Ohenio okazał się człowiekiem – nie zadenuncjował – a wiedział o nas dużo.

Zawarłam znajomość na odległość ze Stefanem.
Zjawił się niespodziewanie u swojej rodziny, która mieszkała w przeciwległej kamienicy. Rozmawialiśmy przez okna posługując się alfabetem Mors`a. Do tego celu służyło pudełko, na którego jednej ścianie wyrysowana była duża, gruba kreska, na drugiej kropka. I tak manipulując pudełkiem można było dyskretnie porozmawiać. Po słowie machnęło się ręką jeden raz, po zdaniu dwa razy.
Ludzie z ulicy niejednokrotnie przyglądali się nie wiedząc co to wszystko znaczy.
Rozmawialiśmy na różne tematy i w tej dziedzinie doszliśmy do perfekcji.
Bardzo przeżyłam te złe chwile, gdy podczas jednej z naszych rozmów stanął przed domem niemiecki samochód. Jadąc do Poznania Ohenio wstąpił na moment zapytać, czy nie mamy jakiejś sprawy do rodziny czy przesyłki, którą może zabrać.
Boże! Ile nerwów mnie ten „moment” kosztował – ile wieków trwal. Myślałam, że się pod ziemię zapadnę ze wstydu. Rodzice byli całkiem bezradni. Co mieli robić?
Wiem, że ojciec napisał dość cierpkie słowa rodzinie O., że narzucili nam sytuację bez wyjścia.
Wracając do przerwanej rozmowy ze Stefanem, gdy zapytał kto to był, odpowiedziałam beztrosko, że Niemiec, a na uwagę, że to nasz wróg, wypaliłam wbrew woli: „czasami i wroga trzeba poznać” – bo co miałam mówić.
Żadnego nie było usprawiedliwienia. Przecież nie mogłam go wtajemniczać w historię jakiejś paczki o nieznanej zawartości. Niby drobiazg a bardzo zatruł nam życie.

Gdy była obława na naszej ulicy schroniliśmy się z 20-to osobową grupą w Kobyłce niedaleko Warszawy. Chłopi pozwolili nam korzystać z obory. Spaliśmy tam na sianie.
Najgorzej było z żywnością ale jakoś przetrwaliśmy kilka dni.
Po powrocie do domu – niespodzianka: nieznana kotka przyniosła do naszego mieszkania w zębach kociątko i zaraz poleciała po drugie. Nie było innego wyjścia jak przyjąć na ten pierwszy okres bezdomne stworzenia. Gdy podrosły, znależli się na nie amatorzy. Jeden kociak był prześliczny a uroku dodawała mu wrodzona wada: chodził troszkę boczkiem.

Właściwie to mój życiorys w czasie wojny wtopiony był w tło straszne i powinnam jedynie o tym mówić. Codzienne prześladowania, aresztowania, łapanki, egzekucje publiczne, strach i łzy ludzkie i tak bez końca. Nawet nadzieja, jedyna pocieszycielka, systematycznie zanikała.
Jednak człowiek jakoś musiał egzystować i te drobne, na pozór błahe, mało ciekawe głupstewka skladały się na moje życie. Stanowiły osłodę ponurej, brutalnej rzeczywistości.
Podporą moją byli zawsze rodzice, bez których nie dałabym sobie w ogóle rady i przy boku miałam zawsze swoją ukochaną siostrę. To – w stosunku do niektórych osób było niewypowiedzianym szczęściem.
Miałam też swoje wojenne sympatie a wśród nich nawet silnie starających się o moją przychylność.
Tu muszę wyróżnić niektórych, bo w ich obecności czułam się dobrze. Byli to: Jurek – spokojny, cierpliwie znoszący moje przeróżne humory, inny Jurek – najmłodszy ale energiczny, impulsywny, niecierpliwy, czasem nieobliczalny (zamordowany przez Niemców), Bogdan – poeta, układał mi oryginalne wiersze, każdy wyraz utworu zaczynał sie jednakową literą (zginął w powstaniu), Marek – najstarszy z grupy, prawnik (zginął w powstaniu), Tadzio – student Wawelberga, Zygmunt – zasłużony w walkach powstańczych (zginął).
To ci chłopcy wyróżnieni przeze mnie z naszej paczki, pozostali też byli na poziomie – wszyscy zginęli w powstaniu.




VI.  ułaczka

Powstanie wybuchło zamiast w nocy nieoczekiwanie o godz. 17-tej pierwszego sierpnia 1944 roku.
Był normalny ruch na ulicach. Tata właśnie wracał po pracy do domu ale już nie doszedł.
Rozłąka w naszej rodzinie trwała 20 miesięcy.

Stawiałam wraz z innymi mieszkańcami pierwszą w życiu barykadę. Trzeba było znosić wielkie ilości przeróżnych złomów, żelaza, rur, kłód, głazów, mebli.
Od dźwigania zrobiły mi się pęcherze i rany na rękach ale pułapka na czołgi wyglądała imponująco. Niestety, zaraz wkroczyli Niemcy i grożąc śmiercią kazali nam to wspaniałe dzieło zlikwidować.
Mama – jak zwykle wiedziona przeczuciem – odradzała wszystkim podporządkowania się rozkazom a nam, Danusi i mnie kategorycznie zakazała brać udział w rozbiórce.
Ci, którzy poszli, prawie wszyscy nie wrócili, tylko dwie osoby ocalały, reszta zginęła. Samolot nieprzyjacielski spuścił bombę na pracujących ludzi. Nie można było rozróżnić ich szczątków rozrzuconych po dalekiej przestrzeni.

Teraz zaczął się dramat Danusi. Jako sanitariuszka udzielała pierwszej pomocy rannym.
Najmniej poszkodowany miał wyrwany palec, który trzymał się jeszcze „na włosku” ale potrzebna była natychmiastowa amputacja – brak lekarza ją uniemożliwił.
Inny „mniej” ranny miał mocno połamane nogi w stawach biodrowych. Potrzebna też była pomoc lekarzy jakiej nie otrzymał ale i tak za kilka dni zamordowali go Niemcy.
Gdy przywieziono dosłownie poszarpanego człowieka z otwartą jamą brzuszną, który był przytomny i upominał się o wodę – Danusia psychicznie nie wytrzymała, zemdlała i wylatywały z niej czarne torsje. Nikt nie wiedział co to znaczy. Długo nie mogła odzyskać zdrowia.
Na tym jej posługa rannym skończyła się. Biedaczka przeliczyła się ze swoimi możliwościami.
Ja w ogóle nie chciałam kończyć kursów sanitarnych wiedząc z góry, że się do tego nie nadaję. Na dobitek jedynemu rannemu, który ocalał rozszerzało się zakażenie. Już nie chodzilo o ratowanie palca ale całej ręki. Czas działał na niekorzyść.

Zawierucha powstańcza szalała bez najmniejszej przerwy. Warunki życiowe przybliżały się do zera. Walka była nierówna. Niemcy mieli pierwszorzędne uzbrojenie, czołgi i samoloty, my właściwie nic. Czołgi zdobywali mali chłopcy butelkami z benzyną. Na samoloty nie było sposobu a one najwieksze zbierały żniwa.
W tym czasie Niemcy mścili się okrutnie na warszawiakach. W naszej dzielnicy roztrzeliwali wszystkich cywilów. Systematycznie „oczyszczali” z ludzi dom po domu.
12-go sierpnia wymordowali wszystkich księży misjonarzy z naszej parafii. Dzień później dobrali się do naszej ulicy.
Właśnie wtedy roztrzygnął się nas los. Pognali nas z całej dzielnicy na stację i pociągami wywieżli początkowo do Pruszkowa.
Ograbiono wszystkich z kosztowności – a więc zegarków, bransolet, pierścionków, pieniędzy itd.
Domy i ich zawartość poszły z dymem – cały dorobek życia.
My – we trzy – zostałyśmy w letnich sukienkach. Mamusia miała przy sobie maleńką śniadaniówkę a w niej ręcznik, mydło, komplet bielizny dziennej i aspirynę. To wszystko.
Z punktu zbiorczego w Pruszkowie wywieziono nas do Niemiec.
Podróż była fatalna. Wagony bydlęce, o nawet najbardziej prymitywnych warunkach życiowych nie było mowy. Jazda trwała prawie trzy doby na stojąco a w wielkim ścisku nie można było zmienić nawet pozycji. Nogi pękały z bólu, odór jak w ogrodzie zoologicznym, bo jednak „jakieś” tam potrzeby fizjologiczne były!
Co prawda po upływie doby wypuszczono nas na bardzo króciutko na „zieloną trawkę”. To były chwile trudno dla postronnych wyobrażalne, bo nad głową stał żołnierz z wymierzonym karabinem. Jednak trzeba było sobie jakoś radzić.
Stało się coś, co wszystkich a zwłaszcza Danusię w tak smutnych okolicznościach ucieszyło.
Ranny w palec wyskoczył w czasie jazdy z pociągu. Zresztą nie on jeden, tylko niestety wszystkich innych Niemcy w biegu zastrzelili a jemu skok się udał. Widzieliśmy to na własne oczy. Człowiek nie miał nic do stracenia – albo gangrena i śmierć albo śmierć (może nawet lżejsza) przy ucieczce, która jednak stwarzała jakąś nadzieję. Wybrał to drugie.

Gdy przejeżdżaliśmy przez Pragę czeską mieszkańcy rzucali nam do pociągu jakąś żywność. Kto złapał ten miał.
W pierwszą noc przeżyliśmy horror, bo Niemcy stemplowali wagony i rozeszła się plotka, że będą nas gazować.

Ta potworna podróż skończyła się w Bittigheim, w obozie przejściowym (Durchgangslager).
Z początku wielki ścisk jak w wagonie. Przez pierwsze dwie noce spałyśmy w czwórkę – z jakimś księdzem na jednym stole. Za wygodnie nam nie było. Twardo, zimno a pod głowami buty zamiast poduszek.
Niemcy przypomnieli sobie o naszej higienie. Urządzili nam kąpiel a przed tym „badania lekarskie”.
Żeby było fikuśniej kobiety były obsługiwane medycznie przez mężczyzn (to znaczy zaglądano nam w oczy) i odwrotnie, mężczyźni przez kobiety i też zaglądano im w oczy.
Potem prysznic.
Po tym zabiegu mogliśmy korzystać z prycz.
Danusia wogóle łoża nie opuszczała. Nie mogła dojść do zdrowia po tym smutnym incydencie z powstania warszawskiego. Mdliło ją ciągle, męczyły torsje, organizm nie przyjmował jedzenia. Schudła bardzo, brakowało jej sił.
Mamusia jedyny komplet bielizny zamieniła w kuchni obozowej u pracującej tam Ukrainki na cukier, a jej brat czy chłopak potajemnie przynosił dla Danusi jakieś lepsze kąski. Wszystko odrzucała.

Obóz w Bittigheim był obozem przejściowym, bo czekało się tam na przydział pracy.
Otaczały go drzewa a z jednej strony był duży owocowy sad. Przy każdym wejściu czuwał żołnierz niemiecki. Ogromną miałam chęć na jabłka ale sposobu na przeskoczenie parkanu trzeba było szukać.
Próbowałam pertraktować z jednym starszym strażnikiem aby zostawił leciutko uchylone wrota. Nie chciał, bo za to ciężka kara.
Podeszłam do młodziutkiego – jak go nazwałam – idioty, z tą samą propozycją. Powiedział, że nie chce umierać w dziewiętnastym roku życia ale chętnie by się ze mną ożenił. Mieszka w domku pod lasem razem z matką i moja mama i siostra by się też tam zmieściły. Nazywa się Richard Wagner i pochodzi z rodziny sławnego muzyka.
Szybko uciekłam od młodego idioty i o dziwo! Przechodząc obok bramy pierwszego strażnika zobaczyłam, że jest leciutko uchylona. Bez namysłu wyślizgnęłam się przez szparę poza obóz. W sadzie jabłonki uginały swe gałęzie pod ciężarem owoców, które były cudowne, czerwone i duże. Poniewczasie zorientowałam się, że nie mam w co zbierać. Moja sukienka letnia była wedle ówczesnej mody krótka ale za to kloszowa. Nie było wyjścia – podwinęłam ją i ładowałam bez liku tak, że trudno było udżwignąć. Nagroda za wysiłek duża, bo łup wspaniały.
Niestety, w drodze powrotnej zobaczyłam biegnącego do mnie strażnika (tego starszego). Nie znając jego intencji (można się było domyślać, że były nie najlepsze), bo albo zrobi alarm albo nie, a jedno i drugie nie wróżyło nic dobrego, wzięłam nogi za pas. W obłąkańczym biegu gubiłam po trochu wymarzone owoce. Byłam szybsza od Niemca, umknęłam z czterema jabłkami. Na pocieszenie Danusia zjadła kawałeczek.

W obozie nawiązałam znajomość z Francuzem. Fonetycznie brzmiało jego nazwisko: Moris Biutarę (zapomniałam już jak się pisze, coś w tym rodzaju: Maurice Butereoin). Nie mogliśmy się porozumieć z braku umiejętności operowania jednakowym językiem.
Danusia uczyła się w szkole francuskiego ale niestety nie opuszczała baraku. Wciąż chorowała.
Znalazła się tłumaczka, siostra Józefa Napierały, znanego sportowca – footbolisty. Dołączył jeszcze drugi Francuz – Pol i tak w małej grupie przyjemnie się gawędziło.
Morisa Niemcy zgarnęli w przydomowym ogródku. Nie pozwolili mu się nawet ubrać. Miał na sobie koszulkę gimnastyczną na ramiączkach i domowe kapcie bez pięt. Marznął. Rozdzielono go z żoną i malutkim synkiem i bardzo za nimi tęsknił. Ja też mówiłam mu o rozłące z tatą i wzajemnie się pocieszaliśmy.
Rozmowy nasze były owocne, bo dowiedziałam się ciekawych rzeczy o Francuzach, o ich pracy, sposobie bycia, rozrywkach i zwyczajach.
Zaprosił naszą trójkę (choć nie znał mamy i siostry) do Paryża – oczywiście po wojnie, bo wierzył, że kiedyś się skończy. Mówił, że Paryż piękny, a poznać go to już coś!
Niestety nie mogłam się odwzajemnić, nie mieliśmy już w Polsce dachu nad głową. Ale snuć plany zawsze można.
Moris – to jedyny Francuz, którego polubiłam. Póżniej, gdy pracowałam z obcokrajowcami, w najbardziej niekorzystnym świetle widziałam właśnie Francuzów, na drugim miejscu od tyłu stawiałam Włochów.
Całkiem niespodziewanie mój współtowarzysz obozowy został wywieziony o świcie – nie wiadomo dokąd.

Nas przydzielono z całą pozostała resztą do pracy w fabryce w Stuttgardzie.
Mama jednak – może pod wpływem jakiegoś przeczucia albo najprawdopodobniej ze strachu (bo bała się w mieście nalotów) postanowiła zignorować ten wyjazd.
To było trudne do zrealizowania, bo trzeba było się ukryć a strażnicy zaglądali do wszystkich baraków. Oczywiście nikomu nie przyszło na myśl, żeby ktokolwiek ośmielił się zostać, więc poważniejszej rewizji w zasadzie nie robiono.
Noc dla nas była jednak ciężka. Kawałek kąta na podłodze baraku musiał nam wystarczyć. I tak było więcej strachu niż spania.
Rano - szok dla paru strażników, bo pusty obóz przygotowywano do dezynfekcji, kuchnie zamknięte, prycze pousuwane. Nikt nie miał pomysłu co z nami zrobić.
Nam głód doskwierał po ostatnim posiłku śniadaniowym przed dobą a tu nawet wody gorącej nie było.
Dołączono nas do transportu z innego obozu – bezpośrednio do pociągu. Nie było nam znane miejsce przeznaczenia.
Mama modliła się, żeby to nie było miasto. O pracy w gospodarstwie rolnym nie miałyśmy jednak pojęcia.
Co jakiś czas pociąg przystawał po wsiach i wyrzucano z niego parę osób, a my jechałyśmy dalej i dalej.

Końcowym przystankiem dla nas okazał się Calw w Württemberg. Ładnie położona osada, z dala od miasta, wśród samej zieleni.
Pracowałyśmy w fabryce części samolotowych „Lufag” (Luftfahrtgeräte). Była całkiem niewidoczna wśród drzew i zamaskowana zielonymi plamami.
Bombardowań i tak było bardzo mało, bo alianci wiedzieli, że załogę stanowią obcokrajowcy.
Nasza praca nie była ciężka, bo w kontroli, w kantorkach, ale wyczerpująca, bo tylko nocą i przez 13 godzin, od 18-tej do 7-ej rano.
Najgorsze było zajęcie przy maszynach i tam zdarzały się często wypadki.

Od pierwszego dnia nie odstępowała od nas Niemka – Fräulein Heinen. Ciekawiło ją wszystko co nas dotyczyło. Szczególnie interesowała się moim ojcem. Miała „szczere chęci” go odszukać. Nie mogła zrozumieć dlaczego biliśmy Niemców w Powstaniu Warszawskim, takich dobrych opiekunów ułatwiających nam życie. Oni Polakom dają nawet pracę!
Nie orientowałam się czy to naiwność, głupota, niewiedza czy też jakiś wyrachowany podstęp.
Okazało się, że to ostatnie.
Śliczna mieszkanka Calw`u pracująca w fabryce – 16-to letnia Dorothea Wagner, córka tutejszego lekarza, nam to uświadomiła. Radziła unikać z Frl. Heinen kontaktu, bo każde słowo może być użyte przeciwko nam.
Przyszłość pokazała, że ostrzeżenie było trafne.

Marzyłam o powrocie do Polski, a przede wszystkim męczyła mnie tęsknota za ojcem i niepewność o jego los. Czy i jak wydostał się z tego piekła?

Nareszcie zdołałyśmy skontaktować się z tatą przez rodzinę z Poznania. Tam zetknęły się nasze listy.
Był chory i w szpitalu ale żył – to najważniejsze. Mieszkał w Sochaczewie i tam udało mu się uzyskać pracę.
Każdy warszawiak był wtedy dla Niemców na marginesie społecznym i w zasadzie jeśli nie miał w jakiejś miejscowości rodziny czy znajomych – pędził żywot włóczęgi bez pracy, jedzenia, ubrania i dachu nad głową.
Ojca powstanie zaskoczyło na mieście i przedostając się na punkt zbiórczy został przez Niemców schwytany i dołączył do dużej grupy zakładników – kandydatów na roztrzelanie – w szpitalu.
Zrozpaczeni więźniowie czekali na egzekucję, tymczasem ojciec wykorzystując swe zdolności retoryczne pertraktował z Niemcami aby ocalić życie swoje i wszystkich pozostałych. I o dziwo, udało mu się.
Że do tego krwawego incydentu nie doszło, napewno przyczyniła się doskonała znajomość języka niemieckiego taty.
Te wiadomości a potem mnóstwo innych dostarczyły nam listy.
Już lżej nam było znosić trudy niewoli.
Biorąc pod uwagę fakt, że tata zaczynał obecnie życie od zera, bo cały jego majątek stanowił letni przyodziewek (zresztą tak jak i u nas) – wielką radość sprawiał nam każdy, nawet najdrobniejszy nabytek, który mógł mu poprawić ubożuchną egzystencję. I tak – pierwszą zdobyczą były tak bardzo potrzebne skarpetki. Powoli skarby przybywały a my, choć z daleka, uczestniczyłyśmy w tej walce o przetrwanie.
Jak to się stało, mimo przeogromnych trudności udało się ojcu jeszcze i nas wspomagać - tego już nigdy nie zdołałam rozwikłać.
Przed zimą przysłał nam dużą walizkę wypełnioną ubraniem, obuwiem, środkami higienicznymi i żywnością. Na tutejsze warunki były to bezcenne skarby.

Bardzo przykre w obozie było Boże Narodzenie.
W wigilijnym przemówieniu główny Lagerführer życzył nam zdrowia i wydajnej pracy oraz wspominał o naszych na pewno pięknych ojczyznach, których najprawdopodobniej już nie zobaczymy. Zbożne życzenia!
Boże Narodzenie, to oprócz Wielkanocy najważniejsze święto u nas. Sczególnie uroczyście obchodzona jest Wigilia.
Mimo woli więc wróciłam myślami do tej wspaniałej przeszłości, kiedy to przy stole nakrytym śnieżnobiałym obrusem i zastawionym tradycyjnymi potrawami dzieliliśmy się opłatkiem. Były serdeczne życzenia, uroczysty nastrój, wiele miłości, ciepła. Wszyscy byliśmy świątecznie ubrani a nastroju dodawała pięknie przystrojona choinka z zapalonymi świeczkami, a pod nią prezenty dla wszystkich.
W dzieciństwie przychodził do nas św. Mikołaj z workiem zabawek. Później pasterka i święta, urocze święta.
To były pierwsze święta w rozłące a tata był tak daleko.
Można było bezkarnie powspominać, pomarzyć. Niemcy puścili nam muzykę i pozwolili tańczyć. Ja nie skalałam się tym uczynkiem.

W obozie naszą grupą „opiekowała” się Frau Jappel.
Na pozór spokojna, uśmiechnięta, niby zawsze gotowa do pomocy a w rzeczywistości paskudna, ze skłonnościami sadystycznymi Baba Jaga. Z wyglądu ją nawet przypominała.
Przeraźliwie chuda, z haczykowatym nosem, z długimi, wyszczerzonymi zębami. Włosy miała rzadkie, tłuste, spięte na samym szczycie w koczek. Nosiła wyjątkowo duże, ciemne okulary.
Gdy miałam atak ślepej kiszki (wyrostka robaczkowego) przykładała mi gorące kompresy – bardzo szkodliwe. Moja mama na szczęście czuwała aby w miarę szybko odpowiednio zareagować.
Na bolący Danusię ząb dawała tak zwany „koński środek”, po którym ból ustawał ale ząb się rozsypywał.
Fräulein Jappel ponadto korzystała często ze swych umiejętności doprowadzania do załamania psychicznego swoich ofiar. Na przykład z jadowitym współczuciem sugerowała mamie po nalocie bombowym, że widziano (nie ona, broń Boże) Danusię z oderwaną głową.
Wiele czasu upłynęło zanim mamusia doszła do siebie.
Często Jappel budziła nas bez powodu w czasie najgłębszego snu.

Kiedyś Polak spoza obozu, pracujący u Bauer`a na polu, podarował nam proszek do prania. „Opiekunka” wywęszyła go i doniosła władzom.
Wywleczono nie mnie ani siostrę, tylko mamę – jako mniej odporną – przed oblicze SS-mana, który dopominał się o nazwisko właściciela proszku.
Mamę ucieszył fakt, że rzeczywiście nie wiedziała. Przez dwie godziny miała przyłożony do skroni rewolwer. Później dano jej czas do następnego dnia aby sobie przypomniała.
Chłopak, który dał proszek śmiał się z tego incydentu, podał swoje nazwisko i zgodził się, żeby mama je ujawniła, obiecał przynieść prezent raz jeszcze.
Na drugi dzień jednak mamy nigdzie nie wzywano.

Frau Jappel była moim wrogiem.
Bardzo mnie nie lubiła i podstawiała mi nogę, gdzie tylko mogła.
Muszę przyznać, że byłam arogancka względem niej i nigdy nie starałam się jej – jak inni – przypodobać.
Po jakimś czasie naszej cichej wojny złożyła wniosek do kierownictwa obozu o ukaranie mnie za nieposłuszeństwo, brak dyscypliny i wrogie nastawienie względem jej osoby. Domagała się wysłania mnie na front.
Poniosła porażkę, z którą trudno jej było się pogodzić.

Kiedyś w drodze do pracy zatrzymała się przed nami ciężarówka wojskowa, którą prowadził Polak w niemieckim mundurze wojskowym.
Poznał swoje rodaczki po znaczkach z literą P. Zrzucił z wozu wielką puszkę marmolady (przeznaczoną napewno dla wojska) i pudełko z tak potrzebną wtedy aspiryną Bayer`a, która ratowała nas w okresie choroby.
Puszka z opróżnianą systematycznie smakowitą zawartością, przykryta kocem – służyła za taboret, na którym niejednokrotnie siedziała Frau Jappel.
Wyobrażam sobie jej triumf, gdyby odkryła prawdę. Wtedy, być może, jej marzenie wyekspediowania mnie na front by się ziściło.

Wykreśliłam kiedyś plan części samolotowej, ot tak, bez specjalnej intencji. Frau Jappel chwyciła to „dzieło” i zaniosła do dyrekcji.
Natychmiast zostałam tam wezwana i zasypano mnie gradem pytań: „Do czego mi plan potrzebny, dlaczego się nim interesuję, skąd umiem takie rysunki wykonywać, w jakiej szkole się uczyłam" itd, itd.
Dowiedziałam się, że tu w fabryce jest zapotrzebowanie na techników-kreślarzy.
Przydzielono mnie wraz z Danusią, bo posiadała taką samą wiedzę, do przyfabrycznej szkoły aby zrobić z nas „wykładowców”.
Po dwóch dniach stwierdziłam, że program jest tak niski, że nie ma co z nauki korzystać. Zdziwienie me osiągnęło szczyt, gdy przyprowadzono do naszego działu Żydówki różnej narodowości – z obozu koncentracyjnego, który znajdował się na terenie fabryki – a ja miałam uczyć je rysunku technicznego i kontroli. Przedtem trzeba było podpisać zobowiązanie, którego nieprzestrzeganie obłożono karą śmierci.
Zakaz dotyczył podawania Żydówkom żywności, ubrania i jakichkolwiek paczek, kartek z informacjami oraz rozmowy.
Porozumiewać można się było wyłącznie służbowo w języku niemieckim.
Zakazy te złamałam. Udało mi się przemycić kanapki i czasami zamienić kilka słów z jedyną w grupie Polką.

Życie w obozie toczyło się bez specjalnych zmian – praca, praca i jeszcze raz praca.
Mamusia długo chorowała i musiała leżeć w baraku.

W Święta Wielkanocne – dobrze pamiętam, był to pierwszy kwiecień 1945 roku – urządzono nam niespodziankę.
Całą naszą wielonarodową załogę przejęło i wyprowadziło z fabryki wojsko SS, któremu musieliśmy być ślepo posłuszni.
A więc w czasie marszu obowiązuje cisza, przestrzeganie ciągłości marszu, kto wyjdzie z szeregu będzie rozstrzelany, kto zostanie na drodze będzie rozstrzelany, za niewykonanie bieżących rozkazów kara śmierci, za próbę ucieczki kara śmierci.
Jeszcze wtedy nikt z nas nie miał pojęcia, że był to rzeczywiście marsz śmierci.
Gnano nas tak nocami ze względu na samoloty a w dnie miejscem postoju – odpoczynku były szopy, stodoły, obory itp.
Już pierwszej nocy zostawiłyśmy na drodze walizę – tę od taty – z resztkami naszych skarbów.
W czasie 40-to kilometrowej wędrówki nocnej nie byłyśmy w stanie jej dźwigać. Szkoda! Pomyśleć tylko ile wyrzeczeń kosztowała ojca jej zawartość. Została nam tylko maleńka, warszawska jeszcze, podróżna walizeczka o wymiarach 25x30, zwana śniadaniówką, bo służyła do chowania wałówki w drodze, z potrzebnymi drobiazgami – a i ta po kilku dniach okazała się za ciężka.
Było chłodno i przeważnie padał deszcz. Ubranie coraz bardziej nasiąkało wilgocią, w kilka dni wszyscy byli wyczerpani. Oprócz zmęczenia dokuczał głód i brud.
Odpoczywaliśmy w ciągu dnia w oborach, stajniach, szopach ale nigdzie nie było siana tylko kłujące wiórki, ścinki czy patyki, które przyklejały się do mokrego ubrania.
O zdjęciu odzieży czy umyciu się nie było mowy.
Zaczął ogarniać nas strach na myśl po co to wszystko, co z nami będzie, dlaczego tak niehumanitarnie traktuje się człowieka, bez elementarnych warunków egzystencji.
W czasie kilkuminutowego postoju – dla zaspokojenia potrzeb fizjologicznych – rzucałam się (i nie tylko ja) na ziemię, nie zważając na błoto, kałuże czy kamienie i zasypiałam. Odpoczynek okazał się najważniejszy.
Zatracało się poczucie czasu, umykały z pamięci daty, dni tygodnia, łączył się świt ze zmierzchem.
Byli tacy, którzy pytali ile miesięcy wędrujemy, a to zaledwie minęło kilkanaście dni.

Raz szopa, w której był postój, przylegała do chlewu. Dzieliły ją sztachety.
Na naszych oczach kobieta wysypała świniom parujące ziemniaki w mundurkach. Na widok jedzenia zrobiło nam się słabo z głodu. Błyslawicznie Danusia włożyła rękę między przegrody chwytając dwa ziemniaki.
Był to czyn bardzo odważny, bo jeżeli zakwalifikowano by go do kradzieży – groziła kara śmierci. Na szczęście nikt nic nie widział a Danusia płakała, bo dwie sztuki były trudne do podziału na trzy części. Wyrzucała sobie, że nie starczyło jej odwagi aby sięgnąć po trzeci.
Później, dużo później, śmiałyśmy się, że jej pierwsza i jedyna kradzież dotyczyła świń.

Śniadaniówka ciążyła nam bardzo i aby pozbyć się balastu mama kupiła od Niemców wózek niemowlęcy. Był znacznie zniszczony ale lekki i nadawał się do przeznaczonego celu. Ciężaru walizeczki już się nie czuło a poręcz wózka służyła za oparcie. Podwójna wygoda. Tak zrobiło zresztą wielu innych więźniów i dosyć egzotycznie wyglądał pochód wózków.
Nie było nam wtedy do śmiechu ale po czasie można było dopatrzyć się scen humorystycznych.
Na przykład jeden mężczyzna wykorzystał taki pojazd dla psa-jamnika, bo nie miał sumienia (i dobrze) zmordowanego, głodnego zwierzątka porzucić na drodze, a brakło mu siły aby go nieść. Śmiesznie wyglądała długa mordka wśród falban firanek.
Trzeba przyznać, że tylko piesek i to od tego momentu, nie odczuwał trudów podróży ale cierpiał głód.

Przekonałam się, że można w czasie marszu spać, a tym bardziej gdy uchwyt wózka służy za oparcie. Spałam, inni też spali ale często wpadaliśmy na siebie i wózkami i nogami, a nie było to przyjemne.

W czasie marszruty miałyśmy dwa przeciwstawne wydarzenia.

Do pierwszego przyczyniła się Geniusia - szesnastoletnia dziewczyna z polskiej Białorusi. Niemcy nie uznali jej rzeczywistej narodowości, jako że schwytana została już po wkroczeniu na tamtejsze nasze tereny armii radzieckiej (a więc po 17-tym września 1939 r.). Odłączona we wczesnym dzieciństwie od najbliższych i wywieziona do Niemiec już szósty rok borykała się sama z trudami życia obozowego. Pomagały jej w tym wspomnienia o rodzicach i najpiękniejszym w świecie dla niej domu rodzinnym. Lubiłam Geniusię. Była ładna i bardzo milutka.
Kiedyś, gdy w czasie postoju rozmawiałyśmy z nią, zainteresowała się nami Niemka - właścicielka szopy, w której był tak zwany odpoczynek. Geniusia dodatkowo zamieniła z nią parę słów na osobności, po czym kobieta poprosiła całą naszą czwórkę do siebie na obiad. Jedzenie oczywiście bardzo nam smakowało. Przed wymarszem raz jeszcze czekał nas poczęstunek. Zaskoczona byłam nader serdecznym potraktowaniem nas przez kobietę.
Burza wybuchła niespodziewanie nagle, gdy oznajmiłam, że jesteśmy z Warszawy.
Niemka wpadła w istny szał, jako że gościła pod swoim dachem wrogów i im usługiwała. Oczywiście do wieczornego spotkania już nie doszło. 
Okazało się, że Geniusia skłamała, że jesteśmy Ukrainkami. To wielki głód kazał jej w tajemnicy przed nami użyć tego podstępu. Byłam wściekła, bo nigdy nie zatajałam swojej narodowości, ona zaś szczęśliwa, ponieważ jak mówiła, zjedzonego obiadu nikt jej nie odbierze.

A teraz drugie - odmienne wydarzenie.
W czasie postoju w Seeburgu usiłowałyśmy kupić chleb. Wybór padł na dość malowniczy dom stojący w lasku pośród skałek.
Panująca wokół cisza nie stwarzała pozoru obecności człowieka ale mama uparła się aby o ten dom zahaczyć. Otworzył nam mężczyzna w średnim wieku. Mamusia natychmiast wyciągnęła rękę z dwudziestomarkowym banknotem, ja powiedziałam, że chcemy kupić chleb.
Wpuścił nas do środka i zadał kilka pytań. Odpowiedzi moje były zgodne z prawdą i związane z obecną naszą sytuacją. Poprosił do stołu. Był całkiem sympatyczny i w stosunku do nas gościnny. W czasie posiłku sporo mówił. Wyjawił swoje obawy przed zakończeniem wojny.
Gdy zachwyciłam się jego posiadłością przyznał, że rzeczywiście jest tu pięknie ale wszystko się skończy po wkroczeniu Amerykanów. Z moim zdaniem, że będzie jeszcze piękniej nie chciał się zgodzić.
Przyjmował nas sam. Nikogo z współmieszkańców nie było ani widać ani nawet słychać. Jednak idealny porządek w domu i suto zastawiony stół świadczył, że samotnikiem nie był.
Dziwne, ale wiadomość, że jesteśmy z Warszawy ucieszyła go a powinna nastąpić odwrotna reakcja, bo w Warszawie zginął jedyny jego syn. Pan M. ożywił się, stał się jeszcze bardziej rozmowny i długo, długo wspominał swego kochanego Arthura. Początkowo myślałam, że poległ przy oblężeniu naszego miasta ale ta sugestia odpada. Być może stało się to w czasie Powstania Warszawskiego, mógł też zostać zlikwidowany przez organizację podziemną lub też umrzeć śmiercią naturalną. Tego już nie usiłowałam się dowiedzieć.
Niemiec potraktował nasze przypadkowe spotkanie jako ważne wydarzenie w jego życiu.
Przy pożegnaniu wręczył nam na pamiątkę wizytówkę - zawiadomienie o zaręczynach syna.
Mam ją do dzisiaj.  

W pochodzie w stopie poczułam ból, to gwóźdź przebił mi zelówkę i utkwił w ciele ale nie miałam możliwości go usunąć. Po trzech dniach, gdy trafiła się ku temu okazja – okazało się, że gwóźdź zasklepił się w nodze i tylko bardzo mocne szarpnięcie zdołało uwolnić stopę z uwięzi.
Teraz zaczął się problem, bo rana krwawiła i ropiała, do tego wrócił ból. Trzeba było przemierzać wiele kilometrów, stan nogi z godziny na godzinę się pogarszał. Była opuchnięta i mocno zaogniona a przede wszystkim zanieczyszczona. Nie było żadnych środków opatrunkowych. Zużyłam ostatnie zapasowe chusteczki ale natychmiast zamieniały się w okrwawione i obłocone szmaty. Między żołnierską eskortą była co prawda nasza „przyjaciółka” – Frl. Heinen (SS) ale jej całkowity brak zainteresowania naszymi osobami, ba! – nawet wrogość, uniemożliwiały jakikolwiek kontakt.
Nie miałam się do kogo zwrócić.
Tymczasem noga odmówiła mi posłuszeństwa – nie mogłam chodzić a trzeba było.
Z pomocą podążyli w miarę swoich sił współtowarzysze niedoli niosąc mnie na „stołeczku” ze splecionych dłoni. Ból był potężny. Gorączkowałam. Z głodu, przemęczenia i braku snu (tak przypuszczałam) miałam majaki. Po obu stronach uciążliwej drogi zamiast drzew widziałam stojących z karabinami na plecach przeogromnych żołnierzy niemieckich a przed sobą przezroczysty, jakby trochę zamglony mur, którego nie mogłam doścignąć, bo w czasie naszego marszu cofał się nieustannie do tyłu.
To był okres najbardziej dla mnie przykry.
Przed samolotami musieliśmy się kiedyś kryć w przydrożnym zagajniku. Wszystkie wózki pozostały na szosie. Właśnie przejeżdżał jakis samochód i – trudno uwierzyć – tylko nasz wózek, który musiał widocznie stać na lekkim wzniesieniu sam ruszył mu naprzeciw i jadąc zygzakiem wpadł na samochód.
To był dla nas przykry widok: wózek rozłożył się na części jakby był z kart a z i tak ubożuchnej zawartości pozostała miazga.
Mamusia pocieszyła nas, że to dobry znak wróżący koniec „wędrówki”.

Nie miałyśmy zupełnie nic – puste dłonie. Stan mojego zdrowia był fatalny, do tego dotarła znienacka choroba mamusi.
To była już dla nas sytuacja bez wyjścia. Czekałyśmy na cud. I cud się stał.
Nie wiadomo dlaczego – być może, że otoczyli nas ze wszystkich stron alianci – Niemcy przedłużyli postój o nadchodzącą noc. Leżałam w szopie nie wiedząc dokładnie co się dookoła dzieje. Jakieś młode dziewczyny wyciągnęły mnie pod osłoną ciemności z legowiska, niosły mnie na rękach, ocknęłam się w wodzie, w wannie, a dalej nic nie pamiętam.
Obudziłam się, a raczej mnie obudzono o świcie. Byłam w łóżku, w czystej pościeli, wymyta, nogę miałam zabandażowaną a na stoliczku nocnym śniadanie.
Czułam się jak nowonarodzona. Młody organizm szybko regeneruje siły, nawet ból nogi nie tak bardzo mi dokuczał.
Jak mi powiedziano – łodzianki pracujące w fabryce w Stuttgardzie dowiedziały się nie wiem jakim sposobem o moim stanie i pragnęły mi dopomóc.
Dla mnie to anonimowe bohaterki. Opowiedziały mi jakich fortelów musiały użyć aby przemycić mnie przez trzy straże. Bardzo żal mi było Danusi i mamy, które ostatnio bardzo niedomagały i jaka była dla mnie radosna niespodzianka, gdy dowiedziałam się, że mamie panienki udzieliły też podobnej pomocy.
Jedynie Danusia, poważnie chora, pozostała bez ratunku.

Rano esesmani zachowywali się dziwnie, nerwowo łączyli w grupki, naradzali się, a jeden nawet (niestety Polak SS) płakał.
Mama sugerowała, że postanowiono nas zlikwidować i jedyną szansę ratunku widziała w ucieczce.
Decyzja natychmiast zapadła, choć ryzyko było wielkie.
Nie było czasu na rozsądne zorganizowanie ucieczki. Umówiłyśmy się tylko, że najpierw znikną mama i Danusia a ja nieco później – ale gdzie się spotkamy, o tym mowy nie było.
Jeszcze zdążyłam pożegnać się z Izą, dziewczyną w moim wieku, którą lubiłam.
Już po przeliczeniu na apelu ulotniły się moje panie.
Gdy ja wyszłam z szeregu, skoczyli do mnie żołnierze z wycelowanymi karabinami i z okrzykiem „halt!”.
Myśląc, że się wszystko wydało, powiedziałam, że idę po mamę i siostrę, które są w ubikacji i chyba nie wiedzą o wymarszu. Esesman-Polak machnął nerwowo ręką i kazał mi szybko je sprowadzić.
I tak opuściłam pochód.
W szeregach Niemców panował chaos, zdenerwowanie, pośpiech – a taki stan działał na naszą korzyść. Mówiąc krótko: udało nam sie.
Bez trudu odnalazłam mamę i siostrę – i to właśnie w pobliskiej ubikacji. Przerażenie uniemożliwiło im dalszy „skok”.
Byłyśmy wolne, wyzwoliłyśmy się z hitlerowskiego piekła i teraz tylko to się liczyło - bez pieniędzy, jedzenia, dowodów osobistych, z gołymi rękami i bez dachu nad głową.

Najprawdopodobniej ucieczka uratowała nam życie, bo marsz ten należał do tak zwanych marszów śmierci, w których w przededniu zakończenia wojny zginęły wskutek zimna, głodu i egzekucji dziesiątki tysięcy osób.
Z towarzyszami naszej niedoli hitlerowcy rozprawili się krwawo w dwa dni po naszej ucieczce, to jest 24 kwietnia 1945 roku na granicy Bawarii. O tej rzezi poinformowała mojego ojca – Anna D., której cudem udało się zbiec. Od nas nie miał wtedy żadnych wiadomości ale od wymienionej pani Anny dowiedział się o naszej ucieczce.
Do tego, że się ona udała, przysłużył się w dużym stopniu niezrównoważony psychicznie Niemiec – właściciel ubikacji, w której spędziłyśmy pierwszą noc. Wiedząc o tym fakcie nie zadenuncjowal nas. I dzięki mu za to.
Czym się kierował i jakie miał intencje – tego niestety nie rozszyfrowałam, bo zachowanie jego dawało dużo do myślenia ale kładłam to na karb jego choroby.
W każdym razie gdy odkrył naszą kryjówkę – a raczej myśmy się do niej w nocy przyznały – człowiek dostał ataku szału. Bił głową o ścianę, mówił, że razem z nim będziemy wisieć, ciągle pokazywał na szyję i wywalał język, płakał, śmiał się ze strachu i trząsł. Był bardzo zestresowany a przy tym miał odstraszający wygląd. Szalika i czapki z daszkiem w kratę wogóle nie zdejmowal, nawet w mieszkaniu.
Na to jednak nie zwracałyśmy uwagi. Miałyśmy nadzieję, że zgodzi się on nas przenocować w domu. Był dach nad głową i było ciepło, i z jednego i z drugiego chciałyśmy skorzystać.
Położyłyśmy się na podłodze w kuchni z zamiarem wypoczynku – a on nie interweniował, nawet pojawił się po raz pierwszy uśmiech na jego twarzy.
Szczęście nasze trwało krótko.
O północy ktoś zapukał do okna a on na ten sygnał chciał nas siłą wepchnąć w dół do jakiegoś ciemnego lochu, prawdopodobnie piwnicy.
Udało nam się uciec z domu. Gonił nas ale bez rezultatu.
Dopadłyśmy na podwórku znowu jego ubikacji, która okazała się naszym przeznaczeniem. Tam trzęsąc się z zimna i niewygody przesiedziałyśmy do rana.
Wtedy to zastukał do nas właściciel w czapce i szaliku, przynosząc trzy kubki gorącej kawy. Nie zdążyłyśmy jej jeszcze wypić, jak do szopy, w której poprzedniego dnia był postój, wtargnęło kilku esesmanów i czegoś szukali.
Danusi ze strachu podniosło się sztywno pasmo włosów.
Po raz pierwszy w życiu coś podobnego widziałam. Okazuje się, że powiedzenie: „włosy stanęły dęba” – jest jak najbardziej uzasadnione.
Teraz cała nasza czwórka przeżyła wstrząs.
Właściciel wyrwał drewnianą deskę w tyle ubikacji i przez wąski otwór wypchnął nas po kolei na pole. Tu już nie byłyśmy widziane od frontu wioski ale strach pozostał, no i rozsądniej było wbrew chęci nie biegnąć i zachowywać się spokojnie i normalnie a to okazało się trudne. Nawet nie wiedziałyśmy co dzieje się za naszymi plecami. Strach utrudniał obejrzenie się do tyłu. Aby nie zwracać na siebie uwagi miałam to zrobić jedynie JA, po odliczeniu do trzech. Widocznie nerwy odmówiły nam posłuszeństwa, bo obróciłyśmy się wszystkie równocześnie.
Na szczęście nikt nas nie gonił.
Byłyśmy wolne, tylko to się teraz liczyło i trzeba było w tej wolności wytrwać. Tak doszłyśmy do następnej wioski.

Mama wtargnęła z nami przez furtkę do przydomowego ogródka, za co dostała od nas burę.
Usiadłyśmy na ławce, równocześnie pokazała się w oknie kobieta z przypiętą do bluzki oznaką z literką P – a więc Polka.
Radość nasza nie miała granic.
Kobieta zostala wywieziona do Niemiec zaraz na początku wojny i pracowała u Bauer`ów. Właścicielka była sparaliżowana. Nawet nas nie widziała ale zaprosiła na cały dzień do siebie.
Wypoczywałyśmy na bardzo szerokim tapczanie z pościelą. Okazało się, że prowadzono tam stołówkę dla frontowych żołnierzy.
Teraz bardzo dziwny obrazek.
Leżymy, oczywiście w ubraniach, wszystkie trzy pod pierzyną na tapczanie, drzwi wejściowe szeroko otwarte, a naokoło nas i na dworze siedzą, leżą, kucają żołnierze niemieccy. Chcą nas częstować zupą mleczną z manierek, śpiewają pieśni żołnierskie.
Nie boimy się ich. To nie esesowcy. Po raz pierwszy zdałam sobie sprawę, że żołnierze niemieccy to normalni ludzie. Są zupełnie nieszkodliwi. Będą walczyć na froncie i ci co zdezerterują będą ocaleni, pozostali zginą.
Dzień się jednak kończy i my musimy opuścić gościnne domostwo.

Na nocleg nigdzie nie można było liczyć, bo bez meldunku była ogromna kara dla Niemców udzielających schronienia (włącznie z karą śmierci).

Znowu wędrówka do następnej wioski.
Pierwszą noc miałyśmy za sobą w ubikacji, druga była luksusowa – na prawdziwym sianie w stodole. Istna rozkosz.
W stodole było zupełnie ciemno ale mama zauważyła po przeciwnej stronie człowieka – podobno na czworakach. Obydwie z Danusią śmiałyśmy się, że to krowa ale nie było siły nad tym się zastanawiać – zaraz zmorzył nas sen.
Znowu mama miała rację
Rano spotkała nas wielka nieprzyjemność ze strony gospodyni. Oskarżyła nas, że wykorzystałyśmy jej dobrą wolę pomocy na ukrycie w stodole dwóch dezerterów niemieckich. To była fanatyczna patriotka, która uważała, że obowiązkiem żołnierza jest zginąć a nie stchórzyć.
Chciała nas ciągnąć do sołtysa, legitymować itd. – więc musiałyśmy czym prędzej opuścić niebezpieczne miejsce.

To były ostatnie chwile wojny. Rzeczywiście dużo żołnierzy zrzucało mundury a okoliczni mieszkańcy zaopatrywali ich w cywilne ubrania. Wszyscy chcieli żyć.

Nie uszłyśmy daleko.
Podczas odpoczynku na grubym, ściętym drzewie leżącym na obszernym placu pomiędzy domkami, zastały nas działania frontowe.
Gwizd kul i rozrywających się szrapneli, niesamowity szum z lądu i powietrza.
Pozamykano natychmiast wszystkie drzwi i okna a my same, bez żadnego schronienia, pod gołym niebem. Na domiar złego mama, która tak bardzo bała się zawsze nalotów i kul, nie chciała ruszyć się z miejsca (bo i nie było gdzie się ruszyć) przeczuwając, że znajdzie się dla nas pomoc.
Nigdy nie mogłam zrozumieć jak ona mogła wszystko przewidzieć. Dosłownie na parę minut przed katastrofą – bo tam gdzie siedziałyśmy rozerwal się szrapnel a drzewo dosłownie zniknęło z powietrzchni ziemi – uratował nas austriacki oficer z Wiednia, zapraszając do pobliskiego schronu.
Wziął nas za Niemki ale nie zmienił zdania gdy dowiedział się prawdy. Był dowódcą grupy żołnierzy niemiecko-austriackich. Właśnie w schronie podawano żołnierzom posiłek i my nie zostałyśmy pominięte.
Poszli wszyscy na ostatni bój. Płakałam na wiadomość o ich śmierci. Zginęli w przeddzień wyzwolenia.
Ze schronu już na noc nie wyszłyśmy.
O świcie ucichły odgłosy wojny, tylko nieustanny warkot czołgów zwiastował wejście aliantów.

Radość nasza była bez granic a Niemcy płakali.



akończenie wojny

Rano odezwały się we wsi autentyczne kołatki. Było to dla mnie coś nowego i nadzwyczaj radosnego, co znałam jedynie z książek lub filmów. Być tego świadkiem - coś fantastycznego.
Oczarowana słuchałam informującego zgromadzonych na placu mieszkańców burmistrza, że działania wojenne zostały zakończone, władza przechodzi w ręce Amerykanów. Żołnierze niemieccy obowiązani są do złożenia broni. Przy wkraczaniu zwycięskich wojsk mieszkańcy pozostają w swoich domach, wychodzenie na ulicę zabronione, bo grozi utratą życia.
Mamusia oczywiście to ostatnie zarządzenie zignorowała.
Gdy tylko w oddali ukazały się alianckie pojazdy, wszystkie trzy wyszłyśmy na szosę.
Cały szpaler samochodów zatrzymał się przy nas. Właśnie w pierwszym jechał Amerykanin mający pełnić urząd gubernatora w tym rejonie. Jego adiutant znał język niemiecki, mogłam więc przedstawić mu naszą sytuację.
Gubernator powiedział wtedy: "Oto jak Niemcy postąpili z polskimi kobietami". Burmistrzowi nakazał zapewnić nam natychmiast mieszkanie - dla każdej oddzielny pokój - wyżywienie i wszystkie niezbędne warunki do normalnej egzystencji. Obdarzone zostałyśmy przeróżnymi smakołykami w żołnierskich puszkach.

Role się odmieniły – teraz Niemcy nam usługiwali. Jednak długo nie chciałyśmy korzystać z ich wymuszonej gościnności.

Ostatnią naszą wędrówką w tej okolicy był powrót do Senden – miejsca udanej ucieczki.
Trzeba było podziękować Niemcowi, który mimo choroby i wielkiego stresu – nieważne czy świadomie czy też nie – nie udaremnił nam powrotu do wolności, a ucieczka ocaliła nam życie.
Niestety nie było go w domu. Na podwórku przed sławną ubikacją bawiła się jego pięcioletnia córeczka – Paula. Dostała od nas pokaźną amerykańską paczkę ze smakołykami, na więcej nie było nas stać. Tereny te pożegnałyśmy wtedy na zawsze.

Teraz najważniejsza rzecz to kontakt z ojcem i powrót do Polski. Najpierw trzeba było połączyć się z Polakami w najbliższym ośrodku polskim. Właśnie w czasie realizacji tych planów, podczas jazdy samochodem ciężarowym przez bardzo zniszczone bombardowaniem miasto Ulm – mama została ranna. Rura spadająca z ruin domu wbiła jej się w szyję. Był to niesamowity widok.
Byłam wstrząśnięta. Tak to los płata figle. Wielka radość przeobraziła się dla nas w dramat. Na szczęście rana była rozległa ale nie głęboka, choć w bliskim sąsiedztwie z tętnicą.
Zamiast w ośrodku polskim mieszkałyśmy teraz w szpitalu. Pokrzyżowało to nasze plany i opóźniło ich realizację.






VII. środek Polski

Po perypetiach szpitalnych przeniesiono nas do Ośrodka Polskiego w Ludwigsburg`u a po kilku miesiącach do Pforzheim`u.
Tu – Polaków bardzo dużo i nareszcie wyłącznie mowa polska. Otrzymałyśmy pokój z całym wyposażeniem, a więc wszystko co do normalnego życia potrzebne. I jak przyjemnie, człowiek człowiekowi przyjazny, nikt nikogo do niczego nie zmusza, nie prześladuje, nie poniża. Jedzenia w bród, magazyny zaopatrzone w odzież i obuwie.
Do pełnego szczęścia brak tylko wiadomości od ojca. Całe noce spędzałam na dziedzińcu Ośrodka i słuchałam bezskutecznie nadawanych przez głośnik radiowy wiadomości ze skrzynki poszukiwań.
Linie komunikacyjne zerwane – poczta nie funkcjonowała. Jak się później dowiedziałam, tatuś poszukiwał nas przez radio, ale było tysiące nazwisk – może przeoczyłam, może na tę właśnie chwilkę przysnęłam.
Nareszcie przychodzi krótka notatka z PCK, że ojciec żyje, tęskni i na nas czeka.

Krótko potem, w samą Wigilię Bożego Narodzenia 1945 roku polski porucznik łącznikowy Władysław Dragan wręczył nam list od taty.
Teraz pozostało nam tylko czekać i pierwszym wiosennym transportem powrócić do ojczyzny.

Od początku naszego pobytu w Ośrodku, w obozie im. Waszyngtona pracowałyśmy razem z siostrą społecznie w biurze zarządu. To dobrowolne zajęcie dawało mi satysfakcję i wypełniało nadmiar czasu. A problemów, które trzeba było rozwiązać, nagromadziło się sporo.
Oprócz codziennych prac administracyjnych pełniłam funkcję niejako urzędnika stanu cywilnego, co najbardziej mnie śmieszyło ale zarazem przysparzało wiele emocji. Na podstawie okazywanych mi dokumentów a w razie ich braku, po przesłuchaniu przynajmniej dwóch wiarygodnych świadków posiadających ważne dowody osobiste – wyrażałam zgodę lub nie na zawarcie związku małżeńskiego.
Ksiądz bez pisemnej mej zgody ślubu nie udzielał.
Czasami dochodziło do dramatyczno-humorystycznych sytuacji. Na przykład jeden z petentów twierdząc, że nosi z konieczności przybrane nazwisko Baran, prosił mnie o zmianę na – niby właściwe – Brynicz.
W czasie wojny dość często dokonywano w dowodach osobistych zmian danych personalnych u osób przez Niemców prześladowanych i ściganych – dla ocalenia życia.
Z rozmowy z petentem nie wynikało, aby był represjonowany. Nie zgodziłam się na jego prośbę, bo ani dokumentów ani świadków nie przedstawił.
W końcu przyznał się z płaczem do kłamstwa. Nazwiska nie zmienił, nie ukrywał się ale obecnie ma się żenić a – jak twierdził – „która to panna wyjdzie za barana?”
Takie i podobne scenki były na porządku dziennym. Napatrzyłam się na wiele łez, dlatego też po wyjeździe z Ludwigsburg`a do Pforzheim`u zrezygnowałam z wykonywania „zaszczytnej” funkcji urzędnika stanu cywilnego.

Pracowałam tam dla Oficera Łącznikowego Polskiego Rządu Emigracyjnego w Londynie.
Żył wtedy jeszcze nasz prezydent na uchodźctwie - Władysław Raczkiewicz.            





Właściwie to tutaj ludzie bawili się dniem i nocą. Muzyka huczała bez przerwy i słyszana była daleko poza Ośrodkiem.
Ja jakoś w tę radość nie umiałam się w pełni włączyć. Szukałam raczej spokoju.
Był teatr amatorski, koła śpiewu i tańca, biblioteka, kursy języków obcych, jazdy samochodowej itp. We wszystkich tych dziedzinach po trochu „maczałam palce” – i tak płynął czas.

Z kilkoma osobami zaprzyjażniłyśmy się. Były u nas stałymi bywalcami.
Na pierwszym miejscu wymienić trzeba księdza Karola, rodzinę K. oraz braci Mietka i Jerzego, dalsi stali goście to: Jurek, Irena N., Irena S., Edi i Wacław, który uważał się za naszego opiekuna.

Na występach artystycznych poznałyśmy między innymi śpiewaka Mieczysława Ś. i artystę operowego Adama M. Z nimi to na wieczorkach tanecznych bawiły się Danusia i Irena. Mnie to towarzystwo raczej nie odpowiadało.

Gdy przybyła do nas z wizytą grupa dziennikarzy polskich spoza Ludwigsburg`a, zanosiło się na wielką zmianę w naszej rodzinie. Wydawali oni gazetę na obczyźnie a naczelnym redaktorem był Hrabyk.
Wspominam miło dzień, w którym jako zaproszeni przez mamusię goście zajadali się plackami ziemniaczanymi. Był wtedy jeszcze razem z nimi Stanisław S., redaktor w średnim wieku, sympatyczny, dowcipny i pełen wigoru. W kilka dni potem z niewiadomych powodów popełnił samobójstwo.
Wśród dziennikarzy zapoznałyśmy również Stefana, który od pierwszego wejrzenia rozkochał się bez pamięci w mojej siostrze. Nie widziałam do tej pory mężczyzny tak odurzonego w dziewczynie. Po prostu prześladował ją swoim uczuciem.
Poza tym był przystojny, sympatyczny, inteligentny i jako człowiek komunikatywny – ogólnie lubiany.
Danusia była dla niego najpiękniejsza, najlepsza, najdroższa, jednym slowem naj... naj.. w każdej dziedzinie – same superlatywy.
Nie wiem czy zatriumfowała tu po części fantazja, próżność, ciekawość czy też naprawdę Danusia zaangażowała się uczuciowo, dość, że przyjęła Stefana oświadczyny.
Początkowo zapowiadało się wszystko sielankowo.
Stefan był bardzo dla nas miły, grzeczny, czuły, opiekuńczy i od razu poczuł się członkiem rodziny.
Ślub zapowiadał się wspaniały a weselisko huczne. Zaproszeni byli wszyscy dziennikarze z całego okręgu.
Nawet tatuś obiecał robić starania w celu otrzymania pozwolenia od władz na przyjazd.
Powoli jednak zaczynało się coś psuć między młodymi. Stefan bardzo wyidealizował sobie postać Danusi jako przyszłej żony ale widocznie nie zdawał sobie sprawy, że proza przyszłego wspólnego życia jakie mógłby jej zaofiarować - była zbyt brutalna. Prześladował ją nieustannym okazywaniem miłości obwarowanej niestety chorobliwą, męczącą zazdrością. Nawet w gronie swoich najbliższych przyjaciół widział groźnych rywali.
Jednego z nich nawet zdecydował się wyzwać na pojedynek (w dzisiejszych czasach!!!).
Miarka przepełniła się na weselu Stasia – blokowego. Stefan potraktował Danusię jakby była jego własnością. Nie dał jej z nikim tańczyć, rozmawiać a nawet uśmiechnąć się do jakiegoś znajomego. Jako już prawie członek rodziny czuł się odpowiedzialny za całą naszą trójkę i wrogo ustosunkował się do pana, który pospieszył z drobną przysługą mamie, bo ten zaszczyt – jak twierdził – przysługiwał wyłącznie MU.
Takie zachowania zmusiły nas do przerwania zabawy weselnej a Danusia tego wieczoru zerwała zaręczyny. I dobrze się stało.
Stefan na klęcząco błagał o zmianę decyzji a po paru minutach zemdlał.
Weselnym gościom odechciało się zabawy a młodzi małżonkowie szmat nocy spędzili na ratowaniu i pielęgnowaniu Stefana.
Jeszcze kilkakrotnie usiłował on przełamać opór Danusi – ale bez skutku.
Nie słowem – to próbował piórem, ale jego piękne listy miłosne i zaklęcia leciały prosto do kosza. Trochę złościłam się nawet na siostrę, że nie zostawiła choć jednego na pamiątkę, bo to były naprawdę cudowne poematy.
Tata pozwolenia na przyjazd od władz nie otrzymał a myśląc, że już po ślubie, przysłał życzenia z ubolewaniem, że nie mógł uczestniczyć w tak ważnym dniu uroczystości swojej kochanej córeczki.

Muszę zaznaczyć, że tata – choć to przede mną starannie ukrywał – faworyzował Danusię. Wiedziałam o tym ale wcale nie byłam zazdrosna. Ze mnie z kolei pupilkę swoją uczyniła mamusia i szanse się wyrównały.
Ja darzyłam wielkim uczuciem obydwoje rodziców. Matka dla mnie jednak była nieodzowna w życiu. Przy niej czułam się pewna a przede wszystkim szczęśliwa. Jak sięgam pamięcią to przede wszystkim właśnie ona stanowiła centrum mojej uwagi i troski. Bałam się, aby nic się jej nie stało, nie zachorowała, by omijały ją zmartwienia. Ojciec był od początku dla mnie kimś twardym jak opoka, niezniszczalnym, więc o niego byłam spokojna. Jak bardzo go jednak kochałam okazało się przy przejściowym i przyszłym – ostatecznym rozstaniu.

Wracając do naszego życia w ośrodku polskim muszę zaznaczyć, że tu – na obczyźnie, można było bardzo łatwo „zdobyć” kandydata do ołtarza. Chłopców było do wyboru, w różnym wieku, o różnych zawodach, a wszystkim śpieszyło się do ożenku.
Powiedzenia: „Każdy garnuszek znajdzie swoją pokryweczkę” i „Każda potwora znajdzie swego amatora” – okazały się słuszne i aktualne. Dziewczęta korzystały z tej okazji a potem wracały do Polski już jako mężatki.
My – z Danusią, miałyśmy sporo takich możliwości ale korzystać z nich żadna z nas nie chciała.
Dziwiono nam się, że odrzuciłyśmy kuszącą propozycję wyjazdu – całą rodziną – do Stanów Zjednoczonych.
Danusia – po przykrym doświadczeniu mówiła, że za mąż nigdy nie wyjdzie a moim marzeniem był powrót do Polski i połączenie się przede wszystkim z tatą po tak długiej rozłące.
Jakoś nie byłam w stanie przed tym faktem urządzać sobie życia, a już w żadnym wypadku z człowiekiem innej narodowości i poza Polską.
Było paru chłopców, którzy mi się podobali ale o małżeństwie w ogóle nie mogło być mowy.
Najbardziej przypadł mi do gustu lekarz wojskowy – Andrzej, ale niestety nasze zapoznanie wypadło w niewłaściwym miejscu i niestosownym czasie.
Wszyscy znajomi – a było ich sporo – którzy tworzyli zwartą i przyjazną nam grupę, nie odegrali większej roli w moim życiu ale pozostawili po sobie nieco wspomnień.
Po latach bowiem miło jest wracać myślami za czymś, co minęło bezpowrotnie ale kiedyś, kiedyś wypełniało jakąś tam kartę w życiowym kalendarzu.

W naszym ośrodku istniała organizacja harcerska. Dzieci ubrane były w skautowskie mundurki, na zbiórkach przydzielano je do prac charytatywnych, urządzały ogniska, brały udział w inscenizacjach i zajęciach porządkowych.
I stała się rzecz straszna. Niemcy zamordowali naszego 13-to letniego harcerza.
Dlaczego do tego doszło? – nie wiadomo. Podejrzewałam wtedy, że z zazdrości, bo fanatykom może przypomniała się „patriotyczna” młodzież „Hitlerjugend”.
Tę zbrodnię wszyscy boleśnie przeżywaliśmy.
Doszedł do tego dla mnie – i nie tylko – jeszcze jeden przykry incydent na pogrzebie chłopca, w którym brałam udział.
Gdy kondukt pogrzebowy przemierzał ulice miasta Ludwigsburg – kilka osób oderwało się z pochodu napadając na zwykłych przechodniów. Polała się krew.
Widziałam Niemca, rannego, padającego na bruk. Widziałam powybijane szyby sklepów i wysypujący się na jezdnię proszek do prania (bo Niemcy nie mieli w sklepach nic więcej).
Nie podobało mi się to. Jeżeli miał to być odwet – to bardzo chybiony. W szeregu idących powstało zamieszanie – uroczystość pogrzebowa została zakłócona.
Nerwowo nie wytrzymałam i wycofałam się z pochodu.

Zaraziłam się świerzbem.
Tę przykrą chorobę przyniósł do naszego ośrodka Polak – przez pomyłkę przetrzymywany przez Amerykanów w obozie jenieckim dla Niemców.
Gdy załatwiałam jego przyjęcie w biurze, podał mi swoje dokumenty i to wystarczyło.
Reszty dokonał – Stasio – blokowy, przez rozprowadzanie pieczywa.
Choroba chyba nikogo nie ominęła.
Ogromne pieczenie i swędzenie ciała doprowadzało do rozdrapywania strupków, z których sączyła się ropa i krew. Najwięcej dokuczały mi łokcie i plecy. Wstydziłam się drapać przy ludziach. Po pewnym czasie zauważyłam, że inni mają też podobne dolegliwości.
Podszedł do mnie kiedyś Adam – winowajca, który przyniósł mnie pierwszej ten nieprzyjemny prezent na papierach i uświadomił, co to za choroba. Bardzo mnie przeprosił i wręczył maść – doskonałe lekarstwo amerykańskie. Pracował przy lekarzu i zamówił transport leków dla wszystkich mieszkańców. Pomogło bardzo szybko, tylko trzeba się było pozbyć ubrania, którego nie można było wygotować, bo świerzb jest bardzo zakaźny.

Skoro już mowa o chorobach, to nie mogę pominąć faktu, że Amerykanie uratowali mnie przed szkorbutem.
W obozie niemieckim byłam krótko ale odżywianie posiadało za mało witamin. Dostawałam jakieś lekarstwa, smarowano mi dziąsła trzy razy dziennie i w jadłospisie codziennym nie mogło zabraknąć 1,5 l mleka i dużej główki zielonej sałaty. Jakoś to przeżyłam, choć było ciężko (jedzenie!).

Raz przez swoją lekkomyślność zostałam solidnie ukarana.
Wszyscy mieszkańcy ośrodka musieli obowiązkowo poddać się szczepieniu przeciw tyfusowi. Pomagałam lekarzowi wypisywać zaświadczenia. Wykorzystałam tę sytuację i udało mi się „zabieg” ominąć.
Po jakimś czasie była druga tura szczepień – mocniejszych, tak przeprowadzona, że w żaden sposób nie można było się od nich wykręcić. Zrobiłam błąd, że nie wyznałam lekarzowi prawdy, szczepionkę odchorowałam bardzo ciężko.
Od trzeciej już byłam zwolniona.

W sprawach medyczno-sanitarnych zdecydowanie miałam pecha.
Ponieważ prawie wszyscy Polacy przebywający w Ośrodku bezskutecznie walczyli z insektami – jako pozostałościami po obozach – Amerykanie zaaplikowali nam tzw. odwszenie, któremu obowiązani byliśmy się wszyscy poddać. Był to zabieg bardzo skuteczny a polegał na rozpylaniu wężykiem gumowym proszku DDT na włosy – oczywiście każdemu z osobna.
Ja – jak zwykle siedziałam za biurkiem z kartoteką.
W pewnym momencie jeden z żołnierzy amerykańskich przechodził koło mnie z wielką paką tekturową proszku. Podniósł ją nieco w górę, coś z uśmiechem mi po angielsku powiedział, niespodziewanie potknął się i wpadając na mnie rozsypała mu się cała zawartość pudła.
Wyglądałam jak bałwan ze śniegu. Podniósł się wielki raban, przeprosiny, ale przede wszystkim trzeba było ratować oczy. Zaraz oczywiście była kąpiel, przebieranie i nieprzyjemność świądu całego ciała.

Nieco kłopotu wniósł do naszego domu Franek.
Był to chłopak ze wsi, swojego rodzaju dziwoląg, nietypowy ale inteligentny, niegłupi, coś tam studiował, władał trzema językami – angielskim perfekcyjnie.
Ciągnęli go więc wszyscy – jako tłumacza.
W moich oczach był takim cwaniakiem z głową do robienia interesów a jego dewizą życiową było bogactwo.
Znał potęgę pieniądza i łudził się, że wszystko można za niego zdobyć. Opowiadał mi o swoich planach założenia w Polsce międzynarodowej linii lotniczej, która będzie przynosić duże zyski. W tym jednak wypadku był bardzo do tyłu z wiedzy o ustroju komunistycznym.
Rozmawiając z nim wyraziłam tęsknotę za radiem, którego Niemcy pozbawili nas w sześcioletnim okresie wojny.
Na drugi dzień Franek przyniósł radio. Ponieważ mama jednak kategorycznie odmówiła przyjęcia takiego prezentu, prosił, aby potraktować to jako pożyczkę, którą w odpowiednim czasie sobie odbierze.
Codziennie miałyśmy gości – i wszyscy cieszyli się z radia, które wówczas było rarytasem. Sluchaliśmy wiadomości z Londynu, z Polski a przy muzyce można było potańczyc.
Franek przychodził do nas coraz częściej i za każdym razem z jakimś bogatym prezentem. Raz był to złoty pierścionek, później branzoleta, kolczyki itp. Ani ja ani nikt z nas nic nie przyjął.
Długo trwało zanim zrozumiał, że nie może takich gestów czynić.
Wyrzucam sobie, że jeden jedyny raz przyjęłam od niego maleńki flakonik perfum z zapachem goździków i to był chyba mój błąd. Bardzo lubię ten zapach, ale ten był wyjątkowo silny. Po zużyciu kilku kropelek nie mogłam w nocy spać – pokój był dosłownie ogrodem goździkowym, więc perfum i tak nie moglam używać.
Od tej pory Franek zmienił się.
Był wesoły, więcej, pewny i zadowolony z siebie. Zapytał mnie kiedyś, co chcialabym otrzymać na prezent ślubny. Żart – za żart – odpowiedziałam, że czarny samochód.
Następnym razem przyjechał czarną limuzyną. Bąknął coś niby od niechcenia, że to będzie taki drobny upominek ślubny dla żony.
Zażartowałam, że jednak skorzystał z mojego pomysłu i nawet zaczęłam wierzyć, że naprawdę się żeni.
Jak zaznaczałam, przychodziło do nas co dzień wiele osób z księdzem Karolem na czele. Były rozmowy, żarty, tańce i wśród tego „tlumu” Franek po prostu ginął, prawie przeze mnie nie zauważany. Z pewnością nigdy go nie wyróżniałam.
Zdziwienie moje nie miało więc granic gdy pewnego dnia, tak prosto z mostu – bez ogródek – powiedział, że zawiadomił swą matkę, że przyjeżdża do niej do Polski z narzeczoną – to znaczy ze mną.
Gniew jest na pewno złym doradcą – a mnie wtedy poniósł daleko, może nawet za daleko.
Miałam nadzieję, że w myśl powiedzenia: „Zabieram swoje gałganki – idę na swoje podwórko” – Franek ulotni się ze swoim radiem. Nic takiego się nie stało.
Nazajutrz wypił do dna swój kielich goryczy. Zjawił się u nas Jarek – mój przyszły mąż.
Franek miał intuicję – przepowiedział mi przyszłość. Wyznał mi również (i to było jedyne jego wyznanie), że los spłatał mu figla, bo gdy spotkał ideał swego życia i starał się, żeby marzenia jego zostały zrealizowane, w ostatniej chwili zjawa się intruz i burzy jego szczęście.
Nie wiem na jakiej podstawie łączył swoją przyszłość z moją, nigdy nie dawałam mu na to powodów, choć on twierdził, że miał prawo mieć nadzieję. To była gorzka wymówka i na długo odebrała mi spokój. Może nie powinnam przyjmować perfum a może radio było przyczyną? Nigdy nie rozwikłałam tej zagadki.
To nie był jeszcze koniec znajomości z Frankiem. Trwała do ostatniego dnia pobytu w Niemczech.

Jak poznałam Jarka.

W biurze pracowałam w jednym pokoju z panią Janką, która zajmowała się kartoteką. Codziennie miała do czynienia z osobami poszukującymi swoich bliskich.
Kiedyś wychodząc z pokoju, na progu ciemnego korytarza minęłam się z dwoma żołnierzami w mundurach amerykańskich. Akurat padało na nich biurowe światło i zwróciłam uwagę na niespotykanie piękny niebieski kolor oczu jednego z mężczyzn.
Jak się poźniej dowiedziałam, żołnierze pod pretekstem poszukiwań bliskich chodzili po ośrodkach polskich w pogoni za ładnymi dziewczynami.
W moim pokoju prócz starszej pani Janiny, nikogo nie zastali ale w następnym pracowała Danusia.
Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że doszło do takiego spotkania.
Jakież było moje zdziwienie, gdy dwa tygodnie później zapukał do naszych drzwi niebieskooki mężczyzna. Zapytał o Danusię – no i tak zaczęła się nasza znajomość.
Siostra zawsze albo znikała albo wykręcała się brakiem czasu, pracą itp. Ale chłopakowi nie brakło cierpliwości.
Przychodził systematycznie mimo, że zrozumiał, że żadnych szans u Danusi nie ma. Zresztą wtedy znała już Stefana, więc wszystkie inne znajomości traktowała jednakowo obojętnie.
Tak się jakoś stało, że Jarek zainteresowanie skierował teraz w moją stronę i muszę przyznać (w przeciwieństwie do Danusi), że był w moim guście.

Jego przyjaciel – Zbyszek, poznał Hanię, z którą bardzo szybko się ożenił. Gdy śpieszył motocyklem na pierwszy obiad przygotowany przez młodą żonę, uległ wypadkowi. Złamana kość udowa przebiła się na zewnątrz. Jako ciężko ranny – miodowy miesiąc i nie tylko jeden – spędził w szpitalu.

Jarek – jako jeniec wojenny wyzwolony został z niemieckiej niewoli przez wojska amerykańskie i tam na razie służył.
Bał się wracać do Polski, ponieważ nie miał żadnych wiadomości z domu od rodziców. Przekonany był, że jako kapitaliści zostali wywiezieni przez Rosjan na Sybir.
Szybko dołączył do grona najbliższych nam znajomych. Często przyjeżdżał i wolny czas spędzał zawsze z nami.

Wspólna była Wieczerza Wigilijna i święta Bożego Narodzenia – już po raz drugi bez ojca.
Nie mogłam doczekać się na transport do Polski.

Tymczasem tata nie szczędził sił aby zdobyć dla całej naszej czwórki mieszkanie – a to było potwornie trudne. Na pozór niewykonalne.
Cały dorobek życia leżał w Warszawie w gruzach.
Dla ojca jednak nie było rzeczy niewykonalnych. Zawsze swe myśli, chęci – wprawiał w czyn.
Teraz, gdy wspominam te wydarzenia z perspektywy czasu, zdaję sobie sprawę jak bardzo egoistyczny był mój sposób myślenia. Oczywiście szczytem marzeń był dach nad głową, bo doświadczenie nauczyło mnie dużo – ale z góry wiedziałam, że ojciec ten dach nam zapewni, bo on wszystko może, wszystko potrafi – jest z żelaza.
Czy myślałam wtedy o jego szarpaninie wewnętrznej, o nieprzespanych nocach, o trudnościach finansowych, o walkach z mnóstwem przeciwności, wyrzeczeniach? Nie!
Cieszyłam się jak szalona, że w końcu zdobył mieszkanie – ale jakim kosztem! Same gołe ściany, jednak to za mało. Doszły cztery łóżka z pościelą, cztery krzesła, stół i biurko. Szafy nie było jeszcze, ale i tak trudno byłoby nam ją zapełnić.
W wyobraźni mojej był to wymarzony pałac.

Teraz, gdy mam dorosłe dzieci, bardzo dobre i bardzo kochane – nasuwa mi się pytanie – czy moi synowie byliby zdolni uporać się z dylematem mojego ojca. Na pewno nie.
Jest takie powiedzenie, że Pan Bóg daje do dźwigania każdemu krzyż możliwy do udźwignięcia. Krzyż mego taty byłby na pewno dla nich za ciężki.

Było mieszkanie, miałyśmy więc i do kogo i gdzie wracać.
Teraz liczyło się dni do pierwszego wiosennego transportu do Polski. Nam się jednak bardzo spieszyło, tak bardzo, że okres oczekiwania okazał się za długi, za męczący.
Teraz wyciągnął do nas swą pomocną dłoń Franek. Zaofiarował się przewieźć nas do Polski swoim samochodem. Niestety byłaby to podróż nielegalna, przez tak zwaną zieloną granicę.
Ksiądz Karol i wszyscy znajomi odradzali nam tej niepewnej jazdy.
Perspektywa natychmiastowej podróży była jednak bardzo nęcąca i mama bez specjalnych oporów wewnętrznych na nią przystała.
Tata początkowo bardzo się ucieszył ale po głębszym przemyśleniu ocenił pomysł negatywnie.
Szybko mama odkryła swój błąd i wycofała swoją nieprzemyślaną zgodę na wyjazd. Franek jednak nie należał do ludzi, którzy godzą się łatwo z porażką. Jego początkowo wielka radość zamieniła się w gorycz rozczarowania. Decyzję tą przyjął jako brak zaufania do jego osoby. Stanowczo – jak twierdził – nie miał szczęścia do naszej rodziny. Przyjeżdżał jednak systematycznie, czekając na zmianę mamy decyzji.
Mama zaś przeogromnie go się bała.
Już wymyśliła scenariusz na wypadek wspólnej podróży samochodem. Przyznam, że mnie przeraził a zarazem rozśmieszył. A więc Franek po drodze pozbędzie się jej i Danusi a mnie po prostu porwie.
Spekulacje jej przekreśliła nieoczekiwana wiadomość, że wyrusza przyspieszony transport do Polski 2-go kwietnia 1946 roku. Dzień później miał zjawić się „po nas” Franek.
Pakowanie nie trwało długo, bo bagaż mieliśmy w skąpej ilości a później już pozostała tylko radość podróży.
Pożyczone radio zobowiązał się oddać ksiądz Karol. Jak się później dowiedziałyśmy, odkupił je od Franka.
Dołączyłyśmy również wyjaśniający bilecik, w którym nie zabrakło słów: „dziękujemy” i „przepraszamy”. Wziął też Franek obrazy, które zostawił już wcześniej znajomy Edi z prośbą o przetransportowanie ich do Polski – w przekonaniu, że jedziemy samochodem.
Długo musiał ksiądz uspakajać i przekonywać Franka, że legalna podróż pociągiem jest dla nas lepsza i bezpieczniejsza. Niewiele to podobno dało.
Tak zakończyła się nasza wspólna przygoda z Frankiem. Nie zobaczyłam go już nigdy i słuch o nim zaginął. Nie odzyskał też swoich obrazów Edi. Być może przychwycono go na przekraczaniu granicy albo też w ogóle do Polski nie wrócił.






VIII.  owrót do kraju

Podróż nasza trwała dość długo bo mimo, że pozrywane linie kolejowe w rok po wojnie zostały częściowo jako tako załatane, to jednak pociąg co pewien czas miał postój z powodu jakichś awarii.

Dzień 6-ty kwiecień 1946 roku radośnie zapisał się w moim kalendarzu życiowym. Wtedy to przekroczyliśmy granicę polską w Dziedzicach.
Radość moja nie miała granic. Chciałam całować naszą ziemię (jak papież) ale ponieważ nikt tego nie czynił, stchórzyłam.
Tata odebrał tego samego dnia depeszę i oczekiwał nas na warszawskim dworcu.
Obiecywałam sobie o tylu sprawach opowiedzieć ojcu na wstępie, tak, że usta nie powinny mi się zamykać. Tymczasem o dziwo! – przy powitaniu ani ja ani nikt z nas nie wydobył ze wzruszenia nawet jednego słowa – za to wszyscy mieliśmy łzy w oczach.
Nie wiedziałam, że to normalna reakcja po dłuższej rozłące. Dopiero po przekroczeniu progu domu i napatrzeniu się sobie wzajemnie do syta – gadaliśmy wszyscy naraz.
Czteropokojowe mieszkanie wydawało mi się luksusem.
Co prawda, po kilku dniach, stacjonujące w naszym domu wojsko sowieckie odebrało nam jeden pokój ale to i tak nie stanowiło dużego uszczerbku. Umeblowanie skromniutkie, składało się z elementów niezbędnych w codziennym funkcjonowaniu.
I pomyśleć, że 20 miesięcy temu zaczęliśmy wszyscy czworo tułacze życie wygnańców, ze stanem posiadania równym zeru.
Jak za dotknięciem różdżki czarodziejskiej nasza bajka – może tylko w mniejszym wydaniu – zaczęła się od nowa.

Dobrze mieszkało nam się w Sochaczewie.
Zaczęła się seria odwiedzin. Prawie wszyscy dobrzy znajomi zginęli w czasie powstania, parę jednak osób uniknęło śmierci.
I tak między innymi przyjechała Wanda z mężem Stefanem, Roma, zjawił się jak wcześniej zaznaczyłam Włodek.
W międzyczasie była ekshumacja zwłok Hanki – Danusi przyjaciółki – doszło więc do spotkania z jej mamą Heleną, bratem Januszem i mężem Wieśkiem.

Chciałam się jak najszybciej wywiązać z obietnicy odwiedzenia Jarka rodziców w Kaliszu i ojca księdza Karola w Wieruszowie Podzamczu.
Miała jechać ze mną Danusia ale zrezygnowała, gdy nie dałyśmy rady wcisnąć się do zatłoczonego pociągu. Już na wstępie dwa zakupione bilety przepadły. Przy drugiej próbie, kilka godzin później – udało mi się.

Rodzice Jarka przyjęli mnie z entuzjazmem, bardzo serdecznie. Mieszkała tam również jego siostra Bożena.
Dom – na poziomie, podobał mi się.
Na pożegnanie dostałam pęk różyczek polnych, które rosły na krzaku przed werandą. Małą gałązkę zasuszyłam i mam do dzisiaj, mimo że liczy sobie 62 lata.
Zabrałam ze sobą do częstowania dość dużo czekolady i na wszelki wypadek kilka pudełek papierosów – Cameli i Chesterfieldów (może być błąd w pisowni).
Palaczy tu nie było, za to słodycze miały przeogromne powodzenie. Każda ilość została by tu wchłonięta ale ja musiałam pamiętać o jeszcze jednych odwiedzinach.
Wyznała mi później, po latach, mama Jarka, że od pierwszego momentu przekonana była, że zostanę jej synową. Podobno podobałam się całej rodzince i tego sobie życzyli.
Ponieważ jednak na ten temat nic nie mówiłam, usiłowała mnie bardzo delikatnie wybadać – ale bez rezultatu.

Bezpośrednio z Kalisza wybrałam się do pana K. Do miejsca przeznaczenia pociąg jednak nie dojeżdżał a na kolejkę trzeba było czekać 5 godzin.
Zdecydowałam się więc iść 10 kilometrów piechotą. Na nieszczęście padał ulewny deszcz a szosą nie przejeżdżała ani jedna furmanka, która ewentualnie mogłaby mnie podwieźć.
W fatalnym stanie dobrnęłam na miejsce. I tu spotkało mnie pierwsze rozczarowanie.
Ksiądz dość chaotycznie, w wielkim skrócie, zapoznał mnie z historią swego życia. Z opowiadania wywnioskowałam, że największym uczuciem darzył swoją siostrę Janeczkę, która mieszkała na Węgrzech. Mama umarła a on, jako dobry syn – martwił się o ojca, nieświadom jak sobie radzi. Prosił mnie o doręczenie mu zegarka i pieniędzy w złotówkach – po wymienieniu dolarów. Dolary bowiem mógłby niepotrzebnie przechowywać, bez żadnej dla siebie korzyści.
W wyobraźni widziałam niedołężnego, samotnego starca, żyjącego raczej w ubóstwie i odizolowanego od otoczenia. Ze zdziwieniem zobaczyłam pana K., dziarskiego jeszcze, energicznego, jego młodą żonę (o dziwo!) i czternastoletnią córeczkę.
Byłam przekonana nawet, że trafiłam pod niewłaściwy adres. O tym fakcie mi ksiądz nie wspominał a przecież musiał wiedzieć.
Przyjęto mnie bardzo gościnnie i serdecznie. Zaistniał jednak pewien incydent, który boleśnie mnie zranił.
Gdy wręczałam przesyłkę pieniężną, ojciec zapytał mnie wprost: „ile?”.
Wymieniłam sumę. Po długim, starannym przeliczeniu – usłyszałam znów słowo, które mnie dobiło: „brakuje”.
We mnie jakby piorun trzasnął, chciałam się zapaść pod ziemię. Zaproponowałam mu, żeby ponownie spokojnie przeliczył. Zrobił to i stwierdził, że jednak się zgadza.
Niesmak jednak pozostał a trzeba było robić dobrą minę do złej gry. To było dla mnie trudne.
Jak już zaznaczyłam, wzięłam papierosy i słodycze z przeznaczeniem na poczęstunek. Tę czynność odłożyłam na później, bo na wstępie nawet nie wypadało. Pan K. być może widział zawartość walizki jak ją otwierałam, bo niespodziewanie zapytał, czy syn nie przesłał mu papierosów.
To był następny cios. Już żałowałam, że do zegarka i pieniędzy od razu nie dołączyłam kilku pudełek – niby od księdza. Teraz jednak było za późno.
Oszołomiona, wymamrotałam pod nosem „nnie” ale równocześnie poinformowałam go, że JA mam papierosy i podałam 6 paczek. Zwinął wszystkie i spojrzał na mnie wymownie znad okularów.
Było oczywiste, że nie miał do mnie zaufania. Żałowałam, że podjęłam się tej misji.
Po tym nadszedł kres mało przyjemnej, oficjalnej części wizyty ale „cierpienia” moje się nie skończyły, przybrały jedynie humorystyczny charakter.
Miała to być sielanka i w pewnym sensie była.
Po wymyciu się w olbrzymiej, stojącej na podłodze misie z gorącą wodą - co wymagalo nie lada umiejętności na polu ekwilibrystyki – i spożyciu posiłku, przyszedł czas na należny odpoczynek po żmudnej podróży.
Czekało na mnie więc łóżeczko z pierzyną i pięcioma poduchami. Myśląc, że w przytulnym zakątku nikt mnie nie dosięgnie, zakręciłam sobie umyte włosy.
Nie wiem jak długo spałam. Zbudziły mnie niesamowite krzyki i wiwatowania. To mieszkańcy wsi dowiedziawszy się o moim przyjeździe hurmem zaatakowali posesję pana K. Całe podwórze było pełne ludzi, wciskali się przez otwarte drzwi i okno i żądni wiadomości o swoim kochanym księdzu, zadawali mi na raz mnóstwo pytań, przekrzykiwując się wzajemnie.
Jednym słowem cały Wieruszów szalał a ja byłam jego bohaterką – tylko że leżałam unieruchomiona w łóżku i w dodatku w papilotach, więc czułam się fatalnie.
Prosiłam, żeby dali mi kilkanaście minut spokoju na ubranie i uczesanie się. Nie dali, więc zmuszona byłam zostać w łóżku.
Mało tego, wtargnęli do mojej izdebki i nawet na moje posłanie.
Mnie – niejako właścicielce łóżka – przypadła w udziale zaledwie maleńka jego część.
Ta okupacja trwała kilka godzin. Interweniowali na koniec gospodarze.
Gdy bractwo rozeszło się – czułam się jak wycisnięta cytryna. Nie miałam już na nic chęci, ani na ubieranie i czesanie, nawet na jedzenie. Resztkami sił nakryłam się pierzyną i wypoczęta, w dobrym humorze otworzyłam oczy dopiero następnego dnia wczesnym rankiem.

Była to niedziela odpustowa.
Po raz pierwszy uczestniczyłam w takiej uroczystości na wsi, a naprawdę było warto. Widziałam wieś w całej krasie jej folkloru – piękną, świąteczną, kolorową i wesołą.
Jednym słowem - bajka.
Opuściłam Wieruszów ze wzruszeniem, żegnana przez dziesiątki wspaniałych ludzi, życzliwych i bardzo przywiązanych do księdza Karola.
Pożegnanie zrekompensowało przykrości powitania.

Ksiądz przeżył swoją rodzinę.
Po śmierci swej ukochanej siostry Janeczki z Węgier, dostał pierwszego zawału serca. W sumie miał ich cztery.
Zmarł w Radomsku, gdzie zbudował kościół.
Ulica nosi nazwę jego imienia.

W niedługim czasie po naszym powrocie do Polski przyjechał ksiądz i Jarek.
Zameldowali się u nas w Sochaczewie.
Ojcu zaproponowano podjęcie pracy we Wrocławiu na stanowisku Naczelnika Aprowizacji i Handlu. Było to najlepsze rozwiązanie w naszej sytuacji, bo zagwarantowany mieliśmy przydział na mieszkanie no i ewentualnie można było studiować.
Początkowo pracował tata we Wrocławiu mieszkając w hotelu a my zostałyśmy na razie w Sochaczewie.
W międzyczasie zniknął mi załatwiony przez ojca piękny materiał na zimowe palto. Zapowiadało się na to, że w zimie będę marzła. Akurat w tym czasie nikt do nas nie przychodził oprócz żołnierzy radzieckich, którzy – jak zaznaczyłam – zajęli kamienicę wyłączając mieszkanie właścicieli i nasze (jeden pokój nam zabrali). Zawsze coś od nas pożyczali: cukier, sól, czy po prostu potrzebna była im gotowana woda. Zdarzało się, że któryś z nich na chwilę został sam w pokoju, dlatego podejrzenie padło na nich ale nikt nie został złapany na tym niegodnym uczynku. Zniknął również jakiś aparacik taty.

Do śmiechu doprowadzała mnie higiena armii radzieckiej.
Do śmiechu ale również do niesmaku. Na podwórku, w dużej balii napełnionej wodą (nie wiadomo czy ciepłą czy zimną) szorowano świnię. Po tym zabiegu prali żołnierze w tej brudnej wodzie swoje kalesony a na koniec sami się wykąpali. Trudno opisać jak wyglądała woda – coś okropnego!

W jesieni przeprowadziliśmy się już na stałe do Wrocławia. Mieszkania jeszcze nam nie przydzielono i wiele miesięcy trzeba było korzystać z hotelu.
Nie narzekaliśmy, bo warunki bytowe były całkiem niezłe – obsługa i jedzenie na miejscu a naprzeciwko naszego hotelu „Polonia” znajdowało się kino „Śląsk”, którego byliśmy stałymi bywalcami.
To były takie początkowe nasze „miodowe” miesiące w Polsce.
Wtedy jeszcze nie za bardzo orientowałam się w sytuacji politycznej Polski. Uświadamiał mnie powoli ojciec.
Po ciężkich przeżyciach wojennych wypoczywałam, czując się nareszcie wolną.
Zauroczenie trwało krótko. Dostrzegłam ponurą, bezlitosną rzeczywistość. We własnym kraju, my Polacy doświadczyliśmy losu zniewolenia, jaki zgotowali nam „przyjaciele” ze Wschodu.
Trzeba było z tym jakoś nauczyć się żyć, kto do tego nie był zdolny – po prostu życie tracił.

Nareszcie otrzymaliśmy mieszkanie.
Z kilku zaoferowanych, mamie przypadło do gustu locum na ulicy Sądowej. Było rzeczywiście ładne, słoneczne, pokoje wysokie, duże – o powierzchni w sumie około 200 m2. Do tego dochodziła duża łazienka, dwie ubikacje i olbrzymi przedpokój, po którym w przyszłości moje dzieci jeździły na drewnianych rowerkach.
Czekało nas sporo pracy związanej z remontem, uporządkowaniem i wyposażeniem mieszkania. Za to co znajdowało się we wnętrzu, począwszy od mebli aż po najmniejszy drobiazg, tata musiał miastu płacić. Nic za darmo nie dostaliśmy.

Niepostrzeżenie minął nam okres egzaminów na wyższe studia.
Latałam po uczelniach ale bez rezultatu. Wszędzie nauka była w toku. W końcu jednak otrzymałyśmy z Danusią dwie propozyzycje.
Na Politechnice zaoferowano nam naukę na trzecim roku wydziału Architektury jako, że szkoła inżyniera Jastrzębskiego, do której uczęszczalyśmy w Warszawie, otrzymała prawa nauki wyższej. Nic o tym nie wiedziałam. Propozycję tę odrzuciłam, bojąc się porażki.
Druga oferta była bardzo ponętna i przystałam na nią bez żadnych oporów. Miałyśmy z Danusią zgłosić się – z prawie trzymiesięcznym opóźnieniem – na pierwszy rok Akademii Sztuk Pięknych. Jeżeli damy sobie radę w nauce na bieżąco, we wszystkich przedmiotach z wynikiem pozytywnym – zostaniemy przyjęte. Zaznaczono, że taki eksperyment jest daleko trudniejszy od egzaminów wstępnych a i sama nauka nie toleruje dodatkowej pracy, bo zajęcia odbywają się w różnych godzinach a niektóre rysunki wymagają światła sztucznego.
Do wszystkich przeszkód nastawiona byłam optymistycznie i nawet czułam się już studentką.
W przeddzień zgłoszenia się na uczelnię zaopatrzyłyśmy się we wszystkie wymagane przybory – pomoce szkolne, oczywiście oprócz skryptów i książek.
Późnym wieczorem doszła do nas z drugiego pokoju cicha rozmowa rodziców. Tata uświadamiał mamę, że chyba nie będzie w stanie nas utrzymać. Liczył na naukę połączoną z pracą. Mamusia w końcu go przekonała, że wszystko jakoś się ułoży ale zasiany w nas niepokój do rana wykiełkował. Nie zgłosiłyśmy się na uczelnię a mój tak wielki entuzjazm gdzieś się ulotnił. Ogłosiłyśmy rodzicom, że w następnym roku akademickim będziemy ubiegać się o przyjęcie na architekturę. Nigdy już do tego nie doszło a ja zamiast się uczyć wyszłam niedługo potem za mąż. Mama przez całe życie wymawiała ojcu, że przez nieopatrzne słowa przekreślił nasze studia.

Tymczasem toczyło się u nas przyjemne rodzinne życie. Postanowiłyśmy z Danusia podjąć natychmiast pracę. Zamiast chodzić od firmy do firmy i składać podania skorzystałyśmy z pomocy ojca. Kiedyś na spotkanie z prezesem P.S.S. – „Społem”, panem L., przyszedł razem z nami i zapytał czy potrzebują pracownika. Gdy ten przytaknął, tata wskazał na nas proponując aby sobie wybrał, bo wiedzę mamy jednakową. Prezes bez najmniejszego wahania zdecydował sie na Danusię. Kilkanaście minut później spotkał zastepcę dyrektora Spółdzielni „Samopomoc Chłopska”, pana F. i powtórzył pytanie, mimo, że Danusia juz pracę dostała. Zrobił mi tym przykrość, bo przekonana byłam, że to właśnie ona będzie po raz drugi wybrana. Trudno mi było wprost uwierzyć, że tak się nie stało. Po raz pierwszy w życiu współzawodnictwo z siostrą wypadło 1:1.

Z pracy byłam bardzo zadowolona a przede wszystkim doceniona. Traktowano mnie jako bardzo dobrego pracownika. Byłam księgowym. Wszystkich lubiłam ze wzajemnością. Nasz dyrektor, Tadeusz T., przeżył wielką tragedię. Podczas przeprowadzki do Wrocławia samochodód ciężarowy, którym jechał wraz z rodziną i całym swoim mieniem „nadepnął” na minę. Ciężarówka rozleciała się na kawałeczki a pasażerowie wylecieli daleko w powietrze. Dyrektor i synek zostali ranni a żona zabita.

Szybko zawarłyśmy nowe znajomości.
Nasz dom był znowu pełen młodzieży. Jak zwykle - nie zabrakło ubiegających się o rękę Danusi ale ona już nie natrafiła na mężczyznę swego życia.
Mnie zainteresował na bardzo serio - ze wzajemnością - Witold, chłopak w moim typie ale charakteru łatwego nie miał, zresztą tak jak ja. Był uparty, impulsywny, lubił dominować - a takie cechy nie wróżą stabilnego życia.
Byłam już bliska podjęcia decyzji, gdy nagle stanęłam przed poważnym dylematem.
Oświadczył mi się Jarek, który ostatnio był u nas częstym gościem. Mieszkał i pracował w Katowicach a na niedzielę przyjeżdżał do Wrocławia. Ponieważ wszystko działo się w jednakowym czasie – trzeba było wybierać. I wybrałam. Witold powiedział na pożegnanie tylko jedno zdanie: „Zostałem na zgliszczach” i już go więcej nie zobaczyłam.

Jarek urodził się w Kaliszu. Miał dwóch starszych braci: Zdzitka i Danka i młodszą siostrę Bożenkę. Po ukończeniu średniej szkoły, chcąc pomóc rodzicom - wstąpił do wojska.
Był to okres niefortunny dla gospodarki kraju ze względu na inflancję. Firma, którą prowadził jego ojciec upadła a on sam znalazł się na skraju bankructwa.
Jarek opuścił dom w wieku 18 lat. Był uczniem Szkoły Podchorążych Rezerwy Artylerii we Włodzimierzu Wołyńskim a potem w Toruniu. Po ukończeniu Szkoły 1-go Pułku Artylerii Najcięższej pełnił służbę już jako podporucznik w Górze Kalwarii.
Gdy wybuchła II Wojna Światowa brał udział w Kampanii Wrześniowej. Ranny w Rawie Ruskiej, w obawie przed Rosjanami zataił swój stopień oficerski. Dopadli go jednak Niemcy i od 25 września był ich jeńcem nr. 781 Stalagu w Ziegenheim. Do robót skierowywano go w okręgu Hessen-Nasau.
Po wyzwoleniu przez aliantów pozostał w wojsku amerykańskim aż do chwili powrotu do Polski. Pragnął lecz równocześnie bał się tego powrotu z powodu braku jakichkolwiek wiadomości od rodziców. Utrwaliło go to w przekonaniu, że jako kapitaliści zesłani zostali na Sybir.
Lubiłam jak Jarek opowiadał mi swoje dzieje. Tak ciepło i serdecznie wspominał dom rodzinny. Wspomnienia te przepojone były tęsknotą i wielką troską o nieznany mu los swoich najbliższych.
Jak się potem okazało - mimo przeróżnych tragedii - los ich był łaskawszy od jego przewidywań.
Po powrocie do kraju przestał już myśleć o karierze wojskowej. Ze śmiechem relacjonował mi rozmowę z przedwojennym marszałkiem Polski Rydzem-Śmigłym, kiedy to jako chwilowo zafascynowany "podniebnym lotem" sztubak zapewniał marszałka, że zostanie lotnikiem.
Niestety, zawiódł go.
Śmigły przyjeżdżał na zaproszenie stryja Pawła na polowania w Biernatkach. Była więc okazja do rodzinnych pogawędek z dostojnym gościem.






IX.  lub

Uroczystość była imponująca w kościele św. Stanisława i Doroty na Placu Wolności. Na chórze miał sam śpiewać nasz znajomy artysta – śpiewak operowy – Alek M. Chcąc sprawić nam niespodziankę wziął do pomocy swoją koleżankę z pracy. Przy jej słowiczym głosie pieśń „Ave Maryja” wypadła cudownie.
Przyjęcie mieliśmy w lokalu obok kościoła a kilkanaście najmilszych nam osób późnym wieczorem zostało zaproszonych do naszego domu na kawę. Na drugi dzień był ślub cywilny, który mieliśmy obowiązek zarejestrować w pierwszej kolejności. Ksiądz cieszył się, że zdecydowaliśmy sie najpierw na kościół – to dla niego był pierwszy taki przypadek w komunistycznej Polsce.
Na miodowy miesiąc pojechalismy w góry do Długopola a potem do rodziców Jarka – do Kalisza.

Pierwszy zgrzyt pomiędzy młodymi małżonkami nastąpił już w pierwszym miesiącu po ślubie, kiedy trzeba było opuścić rodziców i wyjechać do Katowic, gdzie Jarek pracował.
Właśnie teraz bardzo boleśnie odczułam rozłąkę z rodziną. Rodzicom też trudno się było z tym faktem pogodzić.
W Katowicach nie mieszkało sie dobrze. Jarek wynajmował pokój sublokatorski a o jakimś oddzielnym locum nie było co marzyć. Wszystkie sprawy mieszkaniowe kończyły sie naszą porażką. Wolnego czasu miałam dużo, bo Jarek nie chciał żebym pracowała. Na obiad chodziliśmy do restauracji i codziennie do kina oraz na każdą sztukę teatralną. Kiedyś zbuntowałam się stawiając ultimatum – albo będzie dla mnie praca na miejscu – albo jadę do Wrocławia, bo tam moja firma przyjmie mnie z radością ponownie. Z miejsca poskutkowało. Za dwa dni byłam już zatrudniona jako starsza referentka w Centrali Dostaw Drzewnych Przemysłu Węglowego. Teraz o wiele lepiej sie czułam i miałam okazję w biurze lepiej poznać Ślązaków. Pracowici, mili, solidni ale jako warszawianka wyraźnie czułam ich odrębność. Po prostu inni – a ja cieszyłam się, że mój mąż nie pochodzi ze Śląska. Tak sie złożyło, że podejmując pracę – nie wiedząc o tym – byłam już w ciąży. Z tego powodu czekały mnie różne przywileje, najważniejszy to trzymiesięczny płatny urlop macierzyński.

Mieszkało nam się coraz gorzej. Właścicielka, pani W, jak tylko mogła utrudniała nam życie. Rano uniemożliwiała nam dostęp do łazienki, zamykając sie w niej na bardzo długo a była tam również i toaleta. Nie wolno nam było korzystać z kuchni ani przyjmowac gości. Jak odwiedził nas ksiądz Karol – kobieta wpuściła go ale zostawiła zupełnie samego w ciemnym przedpokoju, nie wskazując naszych drzwi. Zdezorientowany macał ściany i w końcu zapukał do łazienki. Na szczęście usłyszałam. Ksiądz był bardzo roztrzęsiony i dziwił się, jak możemy z taką Babą Jagą wytrzymać. Natychmiast wyszliśmy z domu, wywołałam z pracy Jarka i przyjęliśmy gościa w restauracji. To była jego pierwsza i ostatnia wizyta w Katowicach.
Kiedyś sąsiadka z przeciwka, znając charakter naszej gospodyni, zaproponowała nam u siebie pokój. Od razu się przeprowadziliśmy. Tu było zupełnie inaczej. Piekło zamieniło się w raj. Kulturalna, grzeczna, miła, uczynna kobieta dokładała wszelkich starań aby nam życie umilić. Cieszyła się z naszych drobnych radości, martwił ja każdy nasz gorszy humor czy samopoczucie, gotowa zawsze wyciągnąć swoją pomocną dłoń. Wiedziałam, że ma kłopoty finansowe i odpowiednio reagowałam. Uszyła mi pierwszą sukienkę na ciążę. Złożyłam kilka innych drobnych zamówień. Cieszyła się z dzieciątka, które miało się urodzić i pragnęła, żeby to była dziewczynka, bo będzie jej łatwo szyć sukieneczki.
Dziewczynka rzeczywiście się urodziła ale niestety nie dała jej satysfakcji.
 





X.  zieci

Na urlop macierzyński pojechałam do Wrocławia. Tam też przyszła na świat moja córeczka. Do Katowic już nie wróciłam. U rodziców były wspaniałe warunki mieszkaniIowe a atmosfera pełna ciepła i miłości. Wszyscy uwielbiali Basię śliczną, udaną i oczywiście nad „wiek” rozwiniętą. Ta maleńka istotka wniosła w nasze życie wiele urozmaicenia i szczęścia. Nie było już żadnych innych problemów, istniała tylko Basia i bardzo ją wszyscy rozpieszczaliśmy.
Z pracy na razie zrezygnowałam, jako że – jak zadecydowała rodzina – dziecko musi mieć do dyspozycji w każdej chwili matkę. Trzeba zauważyć, że w wychowywaniu pomagała mi zawsze usilnie mama no i włączyła sie reszta domowników. Basia wykorzystywała jak mogła naszą do niej słabość. Była na tyle bystra, że wyciskała z nas wszystko co się dało. Doszło do tego, że brakowało nam snu, byliśmy bardzo zmęczeni.

Nie wiem jak długo trwała by ta tyrania Basi, gdyby nie przyszedł na świat jej braciszek – Maciuś. Przyjęła go bez dąsów – z wyrozumiałością i wcale, o dziwo, nie była zazdrosna. Zdawała sobie sprawę z tego, że będzie musiała zrezygnować z części przynależnych jej przywilejów na rzecz maleńkiego przybysza. Nawet przywitala go słowami: „Jaki śliczny Maciuś” – no i na pamiatkę został Maciusiem, chociaż na chrzcie otrzymał imiona Piotr Lesław a zameldowany w odwrotnej kolejności. Taki figiel zrobili mu rodzice. On sam wykazał za kilka lat na bierzmowaniu najwięcej rozsądku i usankcjonował swoje „przyklejone” imię – Maciej. Bardzo chciałam mieć synka, więc ogromnie sie z niego cieszyłam. Memu ojcu, którego marzenie nigdy sie nie spełniło, wydawało sie chyba, że to jego dziecko, bo bawiąc sie z nim mówił na siebie „tata”.

Bogata w doświadczenia, jakich dostarczyła mi Basieńka, pomna tych nieprzespanych nocy i przemęczenia – ujęłam ster w swoje ręce. Przepędziłam rodzinkę od łóżeczka malucha, drzwi od sypialni zamknęłam na klucz udaremniając wszystkim wejście a sama, choć krajało mi sie z żalu serce, ograniczałam swą obecność w nocy przy Maciusiu wykonując tylko wyłącznie niezbędne czynności. Jego bunt – bunt potężny, trwał trzy noce. Mama spędziła je pod drzwiami sypialni, w przedpokoju, zanosząc się płaczem. Nazwała mnie macochą znęcającą się nad dzieckiem, groziła, że poda mnie do czasopisma „Przyjaciółka”. Jakoś wszystko przetrwałam w swym uporze. W czwartą noc wszyscy razem z Maciusiem spali zdrowym, dziecinnym snem. Nazajutrz cała rodzina przebudziła sie wyspana i usmiechnięta. Od tej pory nie miałam żadnych problemów z synkiem. Sam zasypiał a rano budził nas nie płaczem tylko piękną, wymyśloną przez siebie melodią – zawsze jednakową. To była dla mnie najpiękniejsza pieśń bez słów.

Prócz chwilowych niedomagań, dzieci chowały się zdrowo, były śliczne i przez wszystkich kochane.
Lato spędzaliśmy nie daleko od Wrocławia, aby Jarek mógł dojeżdżać. Pierwsze wakacje były w Sobótce tylko z Basią, bo Macius się jeszcze nie urodził. W natępnym roku był już w drodze, gdy na lato wyjechaliśmy do Osoli. Basia miała wtedy półtora roczku i była rozkoszna. Jak żadne dziecko w jej wieku niezwykle dbała o czystość. Gdy poplamiła sobie skarpetki czy fartuszek, trzeba było ja natychmiast przebrać. Kiedyś – akurat przyjechala w odwiedziny siostra męża, Bożenka, gdy rozwałkowałam ciasto na makaron – niespodziewanie chwyciła placek i usiadła na nim na podłodze, żeby sie nie pobrudzić. Śmiechu było co nie miara.
W Osoli mieliśmy przez nią ciężkie przeżycie. Nagle wieczorem bardzo sie rozchorowała, gorączka 41º, ból głowy i karku, na który wskazywała i który przybrał dziwnie usztywnioną pozycję. Chciałam wezwać pogotowie ale mama – wiedziona znów jakimś przeczuciem – przekonywała mnie, że będzie nieszczęście, gdy lekarz przyjdzie. Zwykle reagowała odwrotnie. Usłuchałam i dobrze sie stało. Całą noc mamusia siedziala przy niej i co pare minut podawała jej po kilka łyżeczek soku cytryny z lekką herbatką – taką lemoniadę. Rano nastapiło przesilenie, bóle ustąpiły, gorączka opadła. Dziecko było zupełnie zdrowe.
Przez całe życie wspominam koszmar tamtej nocy i pewna jestem w stu procentach, że moja mama ocaliła Basię.
Po kilku dniach ogłoszono, że wybuchła epidemia choroby Cheinego-Medina i wszystkie dzieci z objawami wysokiej gorączki, bólu głowy, sztywnością i bólem karku pogotowie ratunkowe skierowywało na tego właśnie typu oddział zakaźny. My wtedy nic nie wiedzielismy jeszcze o takiej chorobie a Basia mogłaby się w szpitalu nią zarazić, bo zaistniały takie przypadki (jak później ogłoszono).


Przez dłuższy czas przyjeżdżał codziennie do Osoli mój brat stryjeczny – Janusz. Nocował u ojca we Wrocławiu. Nie miał co robić więc niańczył Basię, najchętniej woził ją wózkiem na długie spacery.
Janusz miał wtedy 14 lat i sprawiał swoim rodzicom wiele kłopotów. W niedługim czasie doszła do nas wiadomość, że został aresztowany. Jako uczeń szkoły marynarki – a był tam prymusem – usiłował zbiec do Szwecji. Złapano go na gorącym uczynku. Od kary śmierci uratowała go małoletność. U nas w komuniźmie tego typu wykroczenia zaliczano do najcięższych. Mąż koleżanki, Zosi, został skazany na śmierć za próbę ucieczki z Polski. Był wtedy kapitanem okrętu. Musiał więc wuj Wojciech mocno kołatać do wrót przeróżnych urzędów do ministerialnych włącznie aby sprawę uczynku syna jak najbardziej załagodzić. Janusz skierowany został do jakiejś bliżej mi nie znanej placówki, z której i tak w końcu udalo mu sie wykręcić. W międzyczasie siostra Janusza, Basia, poślubiła murzyna z Ghany, który w Polsce studiował chemię. Po przeszło dwóch latach wyjechała z dziećmi do ojczyzny męża – gdzie przeżyła istny horror. Tam wszystko - począwszy od paskudnego klimatu, poprzez niestrawną dla niej dietę po trudne do przystosowania się europejczykowi zwyczaje – sprzysiężyło się przeciw niej. Wykańczały ją deszcze zenitalne, wymiotowała po rybach pływających w oliwie a najtrudniej było jej zaakceptować rządy babki męża. Przyprowadzała ona w nocy do sypialni jej męża – jak to było u nich w zwyczaju – wybierane przez siebie młode murzynki. Uniemożliwiano Basi dostęp do konsula, u którego szukała pomocy. Wyjechać do Polski z braku pieniędzy nie mogła. Udało jej się wysłać S.O.S. do ojca – wujka Wojciecha, żebrząc ratunku. Biedny wujek znowu miał kłopot. Udało mu się jednak zebrać odpowiednia ilość pieniędzy na przejazd, tylko znowu jeśli chodzi o podróż, spotkał się z samymi przeszkodami. Gdy Basi udało się szczęśliwie powrócić, mąż jej zaczął dochodzić swoich praw rodzicielskich a ona stanęła przed trudnym wyborem, albo opuścić dzieci albo powrócić do Afryki i wybrała to drugie.

Wracam do historii moich pociech.
Uroczystość chrzcin Maciusia miała miejsce w Święta Wielkanocne. Rodzicami chrzestnymi została Jadwiga M. i Adam N. Nie wspominałam, że chrzestnymi Basi była Danusia i brat Jarka – Danek (Bohdan) mieszkający w Olsztynie. Danek był bardzo szczęśliwy i dumny, że spotkalo go takie wyróżnienie. Zawsze – jak twierdził – honory rodziny czynił jego brat Zdzitek. Wtedy był już żonaty z Marychną, dzieci nie miał nigdy.

Pierwsze wspólne wakacje spędziły moje dzieci w Sobótce, w domku wynajętym u stóp góry Anielskiej.
Utkwił mi w pamięci taki ładny choć dziwny obrazek. W miejscowości tej, gdzie wynajmowaliśmy mieszkanie, od najwczesniejszego ranka wystawiałam wózek z Maciusiem do ogródka przydomowego. Kiedyś zobaczyłam leżącego pod wózeczkiem psa. Był srebrzysto-szary i przez to mało widoczny. Pies był wrogo ustosunkowany do ludzi. Ktokolwiek przechodził koło wózka, wyskakiwał znienacka z cichym ale groźnym warknięciem i po przepędzeniu intruza wracał na swoje stanowisko. Wyglądal na zwierzątko dzikie. Nie przyjmował jedzenia ani nie dał sie pogłaskać ale był zadbany i nie stwarzał wrażenia psa bezpańskiego. Starałam sie dotrzeć do jego właścicieli ale bez rezultatu. Gdy bylismy przed domem cały czas leżał pod Maciusia limuzyną, gdy wyruszaliśmy na spacer do lasu czy nawet do miasteczka, to zawsze w jego towarzystwie. W nocy znikał, rankiem zjawiał się, gdy wystawiałam wózek. Widać – zawładnął nim. W czasie niepogody, to znaczy deszczu czy burzy oko ludzkie go nie widziało. Jedno jest pewne, dziecko miało wiernego obrońcę. Gdy lato się skończyło, po naszym wyjeździe, nikt z domowników go nie widział.

We Wrocławiu mieliśmy też psa. Był wielki, pół-rasowy, tzw. tygrys. Dostałam go od rodziców Jarka, gdy jeszcze nie miałam dzieci. Urodził się w Kaliszu i był najbardziej bojowy z grona swojego rodzeństwa. Jego niespożyta energia – mimo, że był bardzo lubiany – dała się nam wszystkim we znaki. Chodził z tatą do psiej „szkoły” i znane mu były rozmaite sztuczki dla innych psów mało osiągalne. Wicher wymagał bardzo dużo ruchu, którego w mieście trudno było mu zapewnić. Z bólem serca oddaliśmy go koleżance, która mieszkała w Michalinie, w willi, na terenie lasu. W międzyczasie zdechł tatusiowi ukochany wilczur - Czarek. Chorował na nosówkę. Wicher jako pół-rasowy, a więc odporniejszy przeżył, tylko nogę miał lekko sparaliżowaną. Odrobinę mu drżała i to była ułomność na całe życie.

We Wrocławiu w tym czasie mieliśmy służącą – Maryśkę.
Z pośród wielu innych kobiet do pomocy domowej właśnie ją wymieniam ze względu na jej dziwne zachowanie. Był to okres w którym obydwie z mamą cośkolwiek na zmianę niedomagałyśmy. Czasami musiałyśmy nawet krótko poleżeć w łóżku. Wtedy Maryśka zaciekawiona zaglądała to do mamy to do mojej sypialni a nocą „paradowała” w koszulce-milanes w przedpokoju. Nasi panowie śmiali się z niej, gdy czasami zmuszeni byli wyjść do toalety, bo stwarzała się taka trochę krepująca ale i śmieszna sytuacja.
Na pytanie mamy czy ma kłopoty ze snem, odpowiedziała, że myśli o swojej doli, bo nie ma szczęścia w życiu. Jej koleżanka „tak dobrze trafiła, bo pani u której pracowała umarła a pan się z nią ożenił.” Skoro obydwie z mamą chorowałyśmy Maryśka miała widocznie nadzieję, że spełnią się jej marzenia i „poprawi” swój los.

Pobyt w Babicach nie był zbyt udany. Nie było żadnych atrakcji dla dzieci.
W nastepnym roku byliśmy w lecie w górach, w Rokicinach Podhalańskich. Stołowaliśmy się u sióstr Urszulanek. Sama miejscowość i okolice prześliczne. Blisko było Zakopane i Nowy Targ. Zdobywaliśmy Gubałówkę. Na szczycie musiało być tradycyjne zdjęcie. Jedyny minus w tych terenach to częste deszcze i przez to nie za łatwo było z dziećmi wędrować.
Przyjechała do nas na kilka dni Bożena. Chciałam ją kiedyś na parę minut wykorzystać przy pilnowaniu dzieci w ogrodzie przydomowym. Nie posłuchała mnie aby nawet na moment nie „spuszczać” dzieci z oka i przyleciała do domu aby powiadomić, że dzieci przemoczyły sobie buciki. Te parę sekund wystarczyły aby Maciuś zniknął.
Szukaliśmy go wszyscy łącznie z gospodarzami i ich córkami. Bezskutecznie. Wiadomo, najpierw przeszukuje się miejsca najbliższe a czas leci. Gdy przyszła pora na buszowanie po okolicy przeżywałam katusze, bo niebezpiecznych miejsc dla dziecka bez opieki było dużo. Radość moja więc nie miała granic gdy z daleka zobaczyłam sąsiada prowadzącego za rączkę Maciusia. Spotkał go na wąziutkim mostku bez poręczy, pod którym szumiał wartki strumyk. Przemierzaliśmy go codziennie w drodze do pensjonatu sióstr. Za mostkiem była linja kolejowa a pociagi jeździły często.
Od tej pory już nikomu nie powierzałam dzieci, tym bardziej, że podobny incydent zdarzył się rok temu w Sobótce.
Przyjechali do nas w odwiedziny Danek i Marychna. Im to kazałam pilnować Basię pod moja pięciominutową nieobecność. Zawiedli. Dziecko powędrowało do kamieniołomów. Nie była to duża odległość ale za to wielki stres.

Jarek miał niezłą prace na kierowniczym stanowisku w Zjednoczeniu Przemysłu Węgla Brunatnego, ja w dalszym ciągu nie pracowałam.
Wszystko obracało się pod znakiem dzieci i tak leciało życie.
Gdy Basia miała pięć lat a Maciuś trzy – byliśmy pierwszy raz nad morzem w Niechorzu.
Dzieci zachwycone były morzem, bo kąpiel i zabawa w piasku bardzo im odpowiadała a i innych atrakcji nie brakowało.

Następne lato spędziliśmy w Srebrnej Górze. Właścicielka domu – pani B., bardzo pokochała Maciusia i groziła, że mi go ukradnie – a że ciągle za nim chodziła, zaczynałam wierzyć, że to prawda.
W Dzień Wniebowstapienia Najświętszej Marii Panny, 15 sierpnia, byliśmy świadkami wypadku. Skończyła się właśnie Msza św. i w tłumie wychodziliśmy z kościoła położonego na górce. Nagle jadący autokar z zagraniczną wycieczką przebił barierę, runął w dół i stanął do góry kołami. Przepaść była znaczna a do tego cały teren wyasfaltowany i bez śladu trawy czy też ziemi. Aż trudno uwierzyć, że nikt z podróżnych nie został poszkodowany. Wbiła mi się w pamięć scena z małą dziewczynką, która zalewając się łzami szukała w wywróconym autobusie swojego jednego bucika wołając: „Wo sind meine Schuhe, meine neue Schuhe?!” Szkoda, że każdy wypadek nie kończy się tylko takim zmartwieniem.

Maciuś ochrzczony został imieniem swego dziadka - Piotra i bardzo się z tego cieszył. Razem obchodzili swoje święto 29. czerwca - w dniu św. Piotra i Pawła. Z dumą wszystkim ogłaszał: "Dziś są nasze imieniny, moje i dziadzi. Ja jestem Piotr a dziadzia Paweł".

Ulubioną zabawą moich dzieci, która ich nigdy nie nudziła i w związku z tym wielokrotnie ją w ciągu dnia powtarzały, było karmienie.
Lalki Basi były szczupłe, więc wymagały szczególnej troski. Wciskała im jedzenie przez lekko uchylone usta. Co jakiś czas musiałam odkręcać porcelanowe głowy i wydobywać zapleśniałe resztki pokarmowe.
Maciuś z lubością poił i karmił konie na biegunach. Były kłopoty, bo konik nie miał apetytu i wszystko zwracał. Żywność i woda nie wpadała do środka brzucha tylko wylewała się na podłogę. Ratowałam parkiet podkładając materacyk. Zważywszy, że seans ten powtarzał się często - na niewiele to się zdało.
Michaś, gdy mocno stanął już na nogach polubił wymyśloną przez siebie zabawę. To skomplikowana gra. Trzymał w paluszkach niewidoczną - bo jej wogóle nie było - niteczkę. Rozciągał ją coraz więcej, rozszerzając na zewnątrz ręce aż do granic swoich możliwości. Ta długa, rozciągnięta - choć niewidoczna - niteczka, to "pimpilusipi". Podawaj mi ją - i gra zakończona.

Przyszła kolej na dramaty.
Podróż służbowa Jarka do Warszawy zbiegła się ze śmiercią jego ojca. Jeszcze go zobaczył, jeszcze parę słów z nim zamienił.
Na pogrzeb jechałam więc sama. W czasie podróży pociągiem dostałam ataku wyrostka robaczkowego. Jazda okazała sie dla mnie koszmarem. Całą drogę miałam dotkliwe bóle a ustąpiły dopiero w Warszawie.
Zabraliśmy do Wrocławia mamę Jarka aby trochę wypoczęła po ciężkich przeżyciach. Teraz ja miałam znowu pecha. Powtórny atak wyrostka bez najmniejszej przerwy po 24 –ech godzinach doprowadził mnie w szpitalu na stół operacyjny. Nie zgodziłam się na narkozę i źle na tym wyszłam. Miejscowe znieczulenie nie dało mi wymarzonego komfortu w czasie operacji, tym bardziej, że chirurg dość długo musiał wyskrobywać mi ropę.

Najwięcej atrakcji miały dzieci oczywiście na wakacjach – na wsi, bo w mieście toczyło się takie raczej jednostajne, regularne, codzienne życie. Doszły pierwsze obowiązki, bo Basia uczęszczała już do szkoły a w szkole muzycznej była nawet uczennicą drugiej klasy.
Następnego lata byliśmy po raz drugi nad morzem w Niechorzu.
Jarek – jak zawsze spędzał z nami tylko miesiąc w czasie urlopu a gdy go wykorzystał, przyjeżdżał w niedzielę. Nie mogłam sie nadziwić jak mu się chciało zrezygnować z dwóch nocy aby przez kilka niedzielnych godzin być w Niechorzu. Podróż bardzo męcząca i długa, dojazd na miejsce przeznaczenia „ciuchcią” a z powrotem kolejka dojazdowa nieosiągalna ze względu na nieodpowiednią godzinę (za późno!), więc do właściwego pociągu trzeba było piechotą przemierzyć około 20 kilometrów. We Wrocławiu stawiał się Jarek do pracy prosto z pociągu. Tylko podziwiać!

W następnym roku w kilka tygodni po pierwszej Komunii św. Basi wyjechaliśmy na wakacje do pensjonatu sióstr Urszulanek w Bardzie Śląskim. Warunki były wysmienite ale niestety zakonnice nie zgodziły się aby mieszkał ze mną Jarek. To był pensjonat wyłącznie dla kobiet i żadnego mężczyzny nie tolerowano. Byłam wtedy w ostatnim okresie ciąży i tym moim stanem siostry bardzo się cieszyły. Życzyły sobie aby dziecko urodziło się w ich klasztorze i aby to była dziewczynka z imieniem Urszula na pamiatkę nazwy ich zgromadzenia. Nie spełniły się ich marzenia. W dwa tygodnie po powrocie do Wrocławia przyszedł na świat chłopczyk – Michaś. Otrzymał imię swojej babci, która przed śmiercią zdążyła go jeszcze zobaczyć. Michaś był śliczny i bardzo kochany przez całą rodzinkę a w związku z dużą różnicą wieku między rodzeństwem został naszym beniaminkiem.

Gdy Michaś skończył dziewięć miesięcy po raz pierwszy ujrzał góry w Szklarskiej Porębie, gdzie wynajęlismy mieszkanie na okres letni. Stołowaliśmy się w Domu Wczasowym, okazało się, że właścicielem jest Jarka szkolny kolega Rysiek. Przyjemny człowiek, niestety chory na raka. Za trzy miesiące już go nie było na świecie. Jego żona służyła za królika doświadczalnego w koncentracyjnym obozie niemieckim w czasie wojny. Coś jej wszczepiano i przez to była oszpecona, szczególnie na szyji i rękach. Opowiadała mi o swoich przeżyciach. Istne pasmo cierpień.

Po powrocie z wakacji zaczęła się edukacja Maciusia. Imponowało mu, że jest prawie o głowę wyższy od kolegów i że jest bratem Basi – wspaniałej uczennicy.
Na początku września przyjechała do nas po raz ostatni babcia dzieci. Krótko po tym umarła. Bardzo przed śmiercią cierpiała. Dzieci już nie miały dziadków ze strony ojca, za to druga połowa kochała ich bezgranicznie. Życie pod wspólnym dachem upływało nam w przyjaźni, harmonii i miłości. To była prawdziwa rodzina. O takiej właśnie marzyłam. Dzieci udane, inteligentne, madre. Nauka w szkole nie sprawiała im problemów. A nawet były w czołówce. Maluch rozwijał się prawidłowo i zapowiadało się, że im we wszystkim dorówna. I tak było w rzeczywistości. Ostatni dzień w szkole był zawsze radosny. Basia i Maciuś przynosili oprócz najlepszych świadectw nagrody książkowe. Później, po latach dołączył do nich Michaś.

W następnym roku po Szklarskiej Porębie pojechaliśmy na wakacje do Trzebieży nad Zalewem Szczecińskim. Poleciła nam tę miejsowość znajoma – pani J. i jak zwykle w przeszłości bywało – wyjazd przez protekcję nie był w pełni udany. Największa przyjemność dzieci – kąpiel i zabawa na plaży nie wchodziła w rachubę, poniewaz zalew był mocno zanieczyszczony. Ale na szczęście nie zabrakło innych atrakcji.
Zobaczyłam po raz pierwszy jakim gentelmanem był mój Maciuś.
Z dziecięcego wózka zleciało koło. Mój Maciuś, wokół którego wszyscy jeszcze „tańczyliśmy” – doskoczył do młodej kobiety oferując jej swą pomoc. Gdybym nie widziała, trudno było by mi uwierzyć. Sam uporał się z trudami naprawy i otrzymał piękne podziękowanie.
W następnym roku, w drugiej klasie, Maciuś obchodził uroczystość pierwszej Komunii św. Wtedy to został haniebnie oszukany przez całą rodzinę. Wyrzucam to sobie ale niestety nie miałam w tym wypadku wpływu – zostałam przegłosowana. Problem był taki, że chrzestny – p. Adam nie wyobrażał sobie przyjęcia bez alkoholu. U nas znowu takiej praktyki na święta religijne dzieci nie stosowano. Wiedział o tym i tak sobie życzył Maciuś. Powiedzieliśmy mu więc, że na taką uroczystość będziemy pić wszyscy soczek w pięknych kieliszkach, oczywiście z jego uczestnictwem. Uwierzył i ucieszył się. Soczek pił ze mną, pozostali w tajemnicy wino.

Bliski znajomy nasz – pan Edward – szedł późną porą zagruzowaną jeszcze wtedy przez działania wojenne ulicą Grabiszyńską. Strach było tamtędy przechodzić, bo w pobliżu żadnego domu, same ruiny i do tego ciemność. Naprzeciw szedł powolutku, bo po gruzach, jakiś człowiek. Gdy zblizyli się do siebie obcy poprosił pana Edka o ogień. Blask zapałki oświetlił teraz wyraźnie nieznajomego. Ten grzecznie podziękował za przypalenie papierosa i ruszył powoli w swoją stronę. Pan Edward bardzo szybko odkrył u siebie brak portfela i pobiegł pędem za intruzem. Dopadł go, złapał za kołnierz i obrzucając niekonwencjonalnymi wyzwiskami żądał oddania zguby. Ten bez najmniejszego sprzeciwu wręczył mu portfel i uciekł. W domu pan Edzio opowiadając żonie smutną przygodę sięgnął po portfel i z przerażeniem stwierdził, że nie jest jego właścicielem. W drugiej kieszeni marynarki znalazł swój.
Aby naprawić tą haniebną pomyłkę, nazajutrz rano wybrał się z przeprosinami do „złodzieja”, mając jego dane personalne, adresy, pieniadze, dowody itp. Drzwi otworzył mu sam poszkodowany ale widząc kto w nich stoi – zatrzasnął je z hałasem. Długo musiał tłumaczyć się za drzwiami pan Edzio, nim został z zarzutu oczyszczony. Tak to dwaj porządni faceci wzajemnie się podejrzewali o nieuczciwość.
Piszę o tym incydencie, bo to moja ulubiona humoreska.

Pierwszy raz pojechalismy do Ustki nad morze 1961 r. i już tylko tam spędzaliśmy wakacje przez 12 lat pod rząd i u jednych gospodarzy.

Dzieci rosły i rozwijały się zdrowo. Dwójka starszych była nie osiągalnym szczytem w poczynaniach dla znacznie młodszego braciszka. Michaś „plątał” się koło nich, naśladował w miarę swoich mozliwości ale dorównać im jeszcze ani wzrostem ani rozumem nie mógł. W 1965 roku zaczął i on naukę szkolną.
Cała trójka uczyła się znakomicie. Nie miałam z nimi żadnych problemów. Trzeba było je jednak pilnować i czasami silnie do nauki popychać, bo ciągutki do lenistwa były.

Od 1967 roku Basia była studentką Politechniki Wrocławskiej na Wydziale Architektury. W tymże roku akademickim na wiosnę na uczelni wybuchł strajk, który pogmatwał trochę życie młodzieży, bo studentów pozwalniano i musieli ponownie ubiegać się o przyjęcie.
Właściwie to od tego momentu o swoich wspomnieniach powinny pisać moje dzieci. Ja już niewiele mam do powiedzenia, bo pomimo, że były w zasięgu moich oczu i ręki – to starały się z tego zasięgu wymykać i to jest oczywiste. Dorastająca dziatwa lubi się trochę od rodziny izolować, lubi większą swobodę a ja jak długo się dało tę swobodę ograniczałam. Jedynie Michaś był mi bardzo oddany, nie miał przede mną tajemnic, zwierzał się z tą pewnością, że na wszystkie jego znaki zapytania znajdę rozwiązanie. Kiedyś interesował się bardzo kosmosem. Bardzo przeżywał – zresztą jak i my wszyscy – wylądowanie na Księżycu (20.07.1969) pojazdu kosmicznego „Apollo 11” z Amerykaninem Neilsem Armstrongiem. Mówił, że chętnie by sam poleciał.

Michaś ciężko zachorował na żółtaczkę. Opuścił cały rok szkolny w szóstej klasie. Najgorsze, że szpitalne leczenie nie przyniosło rezultatów. Szukano przyczyny. Michaś przebadany został przez lekarzy specjalistów. Zebrało się konsylium. Prowadzący profesor poinformował mnie, że chłopiec nad wiek jest intelektualnie rozwinięty. Inteligencją i wiedzą przewyższa swoich rówieśników o kilka lat ale to oczywiście nie jest przeszkodą w leczeniu. Tkwi ona w niechęci Michasia do adaptacji szpitalnej. Po prostu nie chce się on do takiego rygorystycznego, oddalonego od domu życia przystosować. Warunki szpitala mu nie odpowiadają a poza tym tęskni za rodziną.
Muszę zaznaczyć, że nie miałam dostepu do swojego dziecka. Wizyty były zakazane.
W tej sytuacji lekarze zadecydowali, że dalsze leczenie odbywać się będzie w domu z codzienną wizytą pani doktor.
Ponieważ lekarstwa przyjmował Michaś pod osłona hormonalną – bardzo utył i rozwinął się fizycznie. Wpłynęło to niekorzystnie na jego wygląd. Lekarz pocieszył mnie, że to tylko nawodnienie organizmu, które niedługo samo się ureguluje. Mimo tych zapewnień – zmiana nie nastąpiła błyskawicznie. Za to w szkole osiągał same sukcesy. Ponieważ opuścił prawie cały rok, bo od początku września do czerwca – miał zdawać ze wszystkich przedmiotów egzaminy. Decyzja wydawała mi sie bezduszna, bo nie dano mu czasu na przygotowanie się. Tymczasem już od pierwszego dnia powrotu do szkoły codziennie były klasówki – a Michaś mimo że nie musiał, brał w nich udział. Wielkie było zdziwienie nauczycieli, gdy jego prace były najlepiej ocenione wśród uczniów całej klasy. Pytano go nawet czy w szpitalu odbywały się zajęcia szkolne. Ponieważ zadania były równocześnie całorocznym sprawdzianem – zwolniony został z egzaminów.
Tak to w dwa tygodnie zaliczył szóstą klasę celująco.
Byłam szczęśliwa.

W pewnym okresie Ustka okazała się dla nas pechowa.
Zarówno Basia w jednym jak i mama w następnym roku znalazły się w szpitalu w Słupsku. Lekarze nie byli w stanie dokładnie sprecyzować przyczyny i rodzaju choroby. Tak to czasami bywa, no i wakacje były częściowo zepsute.

Maciuś dostał się na Politechnikę na Wydział Informatyki i Zarządzania i bez przeszkód, bez urlopów dziekańskich ukończył studia po pięciu latach. Potem wojsko, praca, nowe obowiązki.

Michał jako laureat olimpiady matematycznej dostał się na studia na wydział Matematyki Teoretycznej przy Uniwersytecie Wrocławskim – bez egzaminów wstępnych.

Rok 1978 obfitował w wydarzenia wesołe i tragiczne.
Zachorował Tata na raka żołądka. Choroba bardzo ciężka i bolesna. Od początku roku z małymi przerwami przebywał w szpitalu. Ja również w tym okresie przeszłam operację.
24 czerwca ożenił się Maciuś z Teresą Pietrukiewicz. Wesele było huczne w lokalu wynajętym – wielu gości, radość.

W trzy miesiące później, 3 października, odszedł od nas na zawsze ojciec. Pierwszy raz zetknęłam się ze śmiercią tak bliskiej i kochanej osoby. Tę żałobę przeżyłam bardzo boleśnie. Nie doczekał wyboru na papieża naszego rodaka a bardzo by się ucieszył, bo po raz pierwszy w historii Kościoła spotkał Polskę taki zaszczyt. Nie doczekał ani jednego prawnuka.






XI. NUKI

Młoda para postanowiła założyć swoje gniazdo z dala od rodziców. Wybrane miejsce to Bełchatów. Tam też otrzymali pracę, Tereska w Kopalni Węgla Brunatnego, Maciuś w Elektrowni.
Teraz uszczerbek w rodzinie będą wyrównywać wnuki. Pierwszy – nastepca tronu to Piotruś. Narodziny takich „wielkich” osobistości to przeżycie nie lada. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że takie wzruszenia czekają mnie jeszcze sześć razy. Oczywiście dla matki najpiękniejsze jest jej dziecko a dla babci – wnuk a ja nie stanowiłam wyjątku.   
Drugą z kolei była sliczna Agnieszka, bardzo podobna do swojego braciszka, tylko w przyszłości nie będą jej się nigdy czerwienić uszy. U Piotrusia odwrotnie. Miał kłopot od kiedy dowiedział się, że uszy zmieniają kolor, gdy dziecko mówi nieprawdę. W takich chwilach zasłaniał je rączkami aby kłamstwo się nie wydało. Byłoby wstydu co niemiara!

Niedawno moje dzieci były takie malutkie, tak szybko „podrosły” i po kolei – ku mej udręce wymykają się z domu.
Przyszła kolej na Basię. Ukończyła Architekturę i pani magister inżynier pracowała w swoim zawodzie. W czasie urlopów zasmakowała w turystyce zagranicznej. Zwiedziła razem z ojcem Jugosławię, potem sama Włochy i coś tam jeszcze a na jesień 1981 roku znalazła się w Wiedniu, który od tej pory stał się się jej drugim domem.
Był to znamienny dla Polski rok, smutny, nieudany (zamach na papieża, śmierć kardynala Wyszyńskiego).
Rząd Polski węsząc grożące mu niebezpieczeństwo ze strony nowopowstalego (rok temu) Niezależnego Samorządowego Związku Zawodowego „Solidarność” – wprowadził 13 grudnia stan wojenny a zniósł go w sierpniu 1983 roku. Był to okres bardzo przykry dla wszystkich Polaków. Były prześladowania, internowanie, walki uliczne. Mnie osobiście też stan wojenny dawał się codziennie we znaki. Oczy piekły od gazu rozpylanego na zwykłych przechodniów, niejednokrotnie musiałam uciekać przed sikawkami ulicznymi, którymi dosłownie moczono mieszkańców i w dodatku bardzo często przy wychodzeniu z kościoła. U-Bowcy byli w postępowaniu nieobliczalni. W rewanżu mieszkańcy obrzucali ich kamieniami, polała sie krew, zaczęli ginąć ludzie. Masowe aresztowania działaczy „Solidarności” zmusiły wielu do opuszczenia kraju. Basi koleżanki i koledzy z pracy też byli zatrzymywani.
W naszym mieszkaniu trzy razy U-Bowcy zjawili się w sprawie Basi. Pytali o powód pobytu za granicą i termin powrotu. Ciągle robili jakieś notatki, zarzucali stół jakimiś papierami, aktami – prawdopodobnie w celu zastraszenia. Wyglądało na to, że po powrocie chcą ją aresztować.
Tak się stało, że Basia z Wiednia już nie wróciła. Została tam na stałe. W międzyczasie poznała tam swego przyszłego męża – Austriaka. I tak oto straciłam drugie dziecko.
Widujemy się bardzo rzadko, bo od kiedy jej dzieci chodzą do szkoły – to tylko raz w roku.
Pierwsze dziecko Basi – Roberta, „rodziliśmy” (ja i mąż) razem z nią przy stałym kontakcie telefonicznym. Jarek płakał, ja o mało nie zemdlałam. Na szczęście przybiegła na ratunek Danuśka.

Trzeba przyznać, że Jarek był stworzony na dziadka, kochał bardzo dzieci, tylko niestety wszystkich wnucząt nie doczekał.
Nie wszystkie wnuczęta dane mu było zobaczyć. Jarek długo chorował. Nie łatwo się pogodził z tą ułomnością swojego zdrowia, którego zawsze czuł się okazem.
Ciężkich przeżyć dostarczała nam też mama, gdy dostała bardzo rozległego zawału serca. Dzięki wspaniałej opiece lekarskiej uratowano ją. Jeszcze zdążyła nacieszyć się trójką uroczych prawnucząt ogromnie przez nią kochanych: Piotrusiem, Agnieszką i Robercikiem.
Czwarte dzieciątko na siedem miesięcy przed urodzeniem (David) odprowadzało ją już na cmentarz. Drugiego bowiem zawału z połączeniem wylewu nie wytrzymała.

Możliwości odejścia mamy na zawsze wogóle nie brałam w rachubę. Michaś też, nie zdając sobie sprawy z tej dramatycznej rzeczywistości, usiłował w czasie jej agonii czytać na głos niedokończoną książkę aby urozmaicić chorej pobyt w szpitalu. Tak bardzo byliśmy wszyscy optymistami.
Śmierć mamy zadała mi ogromny, nie do opisania ból. Straciłam nie tylko ukochaną istotę ale i prawdziwego, wiernego przyjaciela.

Ojciec, matka - to okazało się jeszcze za mało. Los zgotował mi więcej cierpień jakby wytrzymałość moja nie miała granic. Teraz tragedie potoczyły się błyskawicznie.

Jarek dostał leukemii. W międzyczasie otworzyły się rany cukrzycowe. Codziennie zmieniane miał a szpitalu opatrunki. Na święta wielkanocne warunkowo zwolniony został do domu, ponieważ skłamał lekarzom, że jego żona obeznana jest w czynnościach sanitariuszki. Kto jak kto, ale ja byłam w tej dziedzinie analfabetką. Jedyna nadzieja, że uda mi się ściągnąć prywatnie do domu lekarza lub pielęgniarkę okazała się płonna. Nikt ze świata medycyny za żadną cenę nie chciał sobie naruszać w święta sielankowego nastroju.
Co miałam robić?
W poranek wielkanocny, w opłakanym nastroju i z mocno bijącym sercem wpatrywałam się w wygotowane narzędzia chirurgiczne i zdyzenfekowane ręce. Długo nie byłam w stanie podjąć bohaterskiej decyzji. Nikt nie przyszedł mi z pomocą, której tak rozpaczliwie oczekiwałam. Stoczyłam z sobą walkę, no i w końcu odwaga zwyciężyła. Te pierwsze kroki były najtrudniejsze, tym bardziej, że skomplikowany zabieg wymagał dodatkowych manipulacji ze strzykawką kulkową ale - udało się! Na dość nawet dobrze zabandażowane stopy spojrzałam z ulgą, mając poczucie dobrze spełnionego obowiązku.
Jarkowi bardzo przypadła do gustu moja nowa rola sanitariuszki. Zdołał mnie wyprosić abym i później - po świętach nie porzuciła tej czynności. Tak się rozbisurmanił, że nawet w szpitalu nie dopuszczał do swoich nóg pielęgniarki tylko ja musiałam ją zastępować.
Lekarze docenili moje wysiłki. Podziękowano mi, bo rany na nogach wyglądały znacznie lepiej. Już od tej czynności do końca życia Jarka nie uwolniłam się. Uległam, ponieważ bardzo mnie prosił. Uległam niechętnie, bo wymagało to ode mnie wiele samozaparcia.

W szpitalu po raz pierwszy zobaczył Jarek drugiego z kolei synka Basi - Davida.
Dziecko było rozkoszne, śliczne i bardzo podobne do swej mamy.
Więcej już wnuków Jarek nie doczekał. W czasie choroby przyjechał do niego kolega z Warszawy z zaproszeniem na zjazd absolwentów Szkoły Oficerskiej z rozdaniem przedwojennych dyplomów i odznak.
Mimo, że tak bardzo schorowany, mąż nie przeczuwał śmierci. Chciał te pamiątki osobiście odebrać gdy lepiej się poczuje.
Jego marzenie wyjazdu z Basią i jej dziećmi na wycieczkę z namiotem też już się nie ziściło.
Dyplom oficerski przywieziono mu po śmierci.

W trzy miesiące po odejściu Jarka zachorowała Danusia a pół roku później już jej nie było na świecie. Świadoma co ją czeka, odmówiła początkowo leczenia szpitalnego. Zgodę wyraziła dopiero wtedy, gdy lekarz udzielający jej pomocy prywatnie w domu zagwarantował, że szpital przedłuży jej życie przynajmniej o 17-cie lat. Niestety, po dziewięciu dniach zmarła.

Straciłam ojca, matkę, męża i ją - ukochaną siostrę, która zawsze była nieocenionym wsparciem a szczególnie w rodzinnych ostatnio dramatach.
Ze starego pokolenia zostałam tylko ja.

I tak oto drogie mi osoby zeszły z tego świata ale nigdy z mej pamięci.
Reszta - pozakładała swoje gniazda poza domem rodzinnym. Zostałam jeszcze na razie z Michasiem ale i on za trzy lata mnie opuści. Towarzyszką jego życia zostanie Ewa - koleżanka "po fachu" - matematyk. Mają dwoje udanych dzieci: Wiktorka i Zuzię.
Wnuczęta są urocze, mądre i bardzo, bardzo kochane. Uczą się wspaniale. Dostają świadectwa z czerwonymi pasami. Gdyby to było możliwe - szczególnie Zuzia, miałaby tych pasów tuzin. Wiktorek ma wspaniałą pamięć. Jest żywym kalendarzem, rozkładem jazdy, programem telewizyjnym. Ma w głowie daty wszystkich uroczystości rodzinnych i ... nie tylko.
Michaś przeżywał bardzo narodziny swych pociech. Był zachwycony. Po pierwszym spotkaniu z córeczką w inkubatorze powiedział mi: "Ona taka śliczna jak prawdziwa księżniczka."

Zuzia szybko zaczęła mówić. Gdy miała dwa i pół roku można już było z nią żartować.
Oto niektóre powiedzenia z tego okresu:

- Pokazuję Zuzi jaki malutki był po urodzeniu jej ojciec a ona na to: "A TERAZ TAKI DUŻY CHŁOP CO CHODZI DO PRACY".

- Mama podpowiada Zuzi jak ma poprosić babcię przez telefon a ona: "JAK POWIEM TO MOJA SPRAWA".

- Zuzia: "CHŁOPAKOM PODOBAJĄ SIĘ DZIEWCZYNKI W SPÓDNICZKACH, JA WOLĘ TATĘ W PORTKACH".

- Rozmawiam przez telefon z Agnieszką. Zuzia stoi przy mnie. Mówię, że Agnieszka każe wszystkich ucałować, więc pytam od kogo zacząć, a Zuzia: "OD TEGO, KTO STOI NAJBLIŻEJ".

- Zuzia opowiada: "PO DRODZE SKAKAŁA TAKA MAŁA ŻABKA - DZIECKO TO BYŁO JESZCZE".

- W dzień babci ulicą idzie dużo ludzi z kwiatami. Mama mówi, że idą chyba do babci a Zuzia na to: "MAM NADZIEJĘ, ŻE NIE DO NASZEJ".

- Na uwagę, że Zuzia jest za mądra na swój wiek, mówi: "ZA MĄDRA JESTEM, TEN POMYSŁ MI SIĘ PODOBA".

- Zaproponowałam, żeby rodzice Zuzi poszli do kina, a ja zaopiekuję się dziećmi. Zuzia: "DO KINA TRZEBA CHODZIĆ Z DZIEĆMI".

- Zuzia przy stole: "MÓJ BRZUSZEK CHCE JESZCZE JEDEN PĄCZEK. GORZKO TEGO POŻAŁUJE, BO SIĘ W PORTKI NIE ZMIEŚCI". 

Teraz dzieci Michasia duże w dosłownym tego słowa znaczeniu. 13 i 15 lat a już córa przerosła mamę a syn - ojca. Trzeba zaznaczyć, że rodzice też nie ułomki. Era wielkoludów?



 Jeszcze przed ślubem Michasia obdarowała mnie Basia trzecią śliczną maleńką istotką - Dominikiem. To ostatni już wnuczek z jej strony. Skąpiła mi swoich dzieci. Z Robercikiem przyjeżdżała częściej ale gdy zaczęła się nauka w szkole, coraz rzadziej je widywałam.
 Teraz jest jeszcze gorzej. Chłopcy podrośli, przybyło im nieco lat i raczej sami próbują gospodarować swoim wolnym czasem. O tym, że mają w Polsce babcię, na pewno już zapomnieli.
 Najchętniej wracam wspomnieniami do ich wczesnego dzieciństwa. Przed oczami skacze mi trójka ślicznych, jasnowłosych chłopaczków: Robercik, Dominik i David. Podobni do siebie, rozbawieni, czasami kłótliwi ale zawsze bardzo kochani - takie małe urwisy. Moje wnuki!



O dzieciach Maciusia już coś nie coś mówiłam. Nie będę w kółko powtarzać o ich urodzie. Udane i podobne do siebie jak dwie krople wody. Widywałam się z nimi częściej, bo przeważnie przyjeżdżały z rodzicami co niedzielę do Wrocławia. Było to jednak dawno temu a ja widzę Piotrusia jakby wczoraj jak potrząsa główką z pięknymi, jasnymi lokami i pyta: "CESYCIE SIE CESYCIE ZE PSYJECHAŁEM?"
Cieszyliśmy się Piotrusiu wtedy, cieszymy się teraz.

 Agnisia - ambitna, chciała być w centrum zainteresowania i świecić przykładem ale to trudno jak ma się takiego braciszka, który korzysta z każdej sytuacji aby chociażby niewinnym podszeptem stanąć na przeszkodzie w jej taktownych poczynaniach.
 Kiedyś właśnie z "winy" Piotrusia nazwał ją dziadek żartobliwie i serdecznie "małym łakomczuszkiem". Długo nie mogła się z tym zarzutem pogodzić. W końcu wyrzuciła z siebie ze łzami w oczach: "Dziadku, tak mi przykro, że powiedziałeś na mnie łakomczuszek. Ja łakomczuszkiem nie jestem". Dziadek jeszcze więcej przeżywał jej rozpacz.

 Teraz już dzieci podrosły. Agnieszka prawdopodobnie łakomczuszkiem nie jest, bo figurę ma jak modelka. Jakiś czas dzieci Maciusia mieszkały w Londynie. Właściwie to Agnieszka na razie nadal tam jest.
Piotruś wrócił do Polski. W międzyczasie ożenił się i razem z Martą zrobili ze mnie prababcię.


 
Antoś uroczy, prawnuczek na medal. Jaki oczywiście mądry, jaki inteligentny, no i teraz najważniejsza osoba w rodzinie. Obecnie ma przeszło dwa latka. Mówi, śpiewa, tańczy i wogóle jest radosnym, rozkosznym dzieckiem.
Rozśmiesza mnie, jak na zapytanie mamy: "Antosiu, chcesz siusiu?" odpowiada: "Nie, dziękuję".




Rozgalopowałam się nieco w wspomnieniach, muszę więc zawrócić kilka lat wstecz.
W 1997 roku nawiedziła nas powódź.
Po raz pierwszy w życiu zetknęłam się z tą klęską żywiołową. Widziałam niejednokrotnie z ekranu telewizyjnego taki wybryk natury ale nigdy nie pomyślałam, że mnie przyjdzie kiedyś z nim się zmagać.
To był bardzo ciężki okres. Najdotkliwiej dał się nam we znaki brak wody. Na ulicach było jej co niemiara, zalewała piwnice, parter, sięgając nawet powyżej piętra - a w kranach posucha. Codziennie przyjeżdżały beczkowozy z wodą pitną ale trzeba było zaopatrzyć się w wiadra lub inne pojemniki i czekać - jak w wojnę - w kolejce. I tak przez wiele, wiele dni a jak wiadomo niedostatek wody bardzo utrudnia życie. Ta, co płynęła ulicami była skażona.
Ze sklepów wykupiono baterie i świece ze względu na brak elektryczności.
W tym czasie przyjechała do mnie Basia z dziećmi. Był również Michaś, rodzina jego bowiem spędzała lato poza Wrocławiem. Do swojego mieszkania nie mógł się już dostać, bo tam woda sięgała powyżej piętra. Locum na dziesiątym piętrze nie zostało oczywiście poszkodowane, tylko cała zawartość piwnicy nadawała się do wyrzucenia.
Uwięzionym mieszkańcom w takich domach - a było ich bez liku - dostarczano pontonami żywność, wodę i środki czystości.
Ja - dopiero na starość zobaczyłam powódź a Basi chłopcy już w dzieciństwie. Taki widok wody płynącej z szumem i wirami ulicami miasta robił na nich nie lada wrażenie.

Michaś ze względu na brak czasu odwiedza mnie przeważnie późnym wieczorem.
Kiedyś wyjątkowo wyszedł wcześniej z pracy aby oddać samochód do naprawy no i zahaczył o moje mieszkanie. Cieszyłam się, że przynajmniej dłużej pogawędzimy.
Niestety, przyjemność ta została drogo okupiona, bo krwią i to w dosłownym tego słowa znaczeniu.
W drodze powrotnej do swojego domu został napadnięty na przystanku autobusowym. Jakiś łobuz zaatakował go od tyłu - raniąc szyję nożem. Nikogo w pobliżu nie było, nikt więc nie udzielił mu pomocy. Ogromnie krwawiąc zdołał jeszcze o własnych siłach do mnie zawrócić, ale w jakim stanie! Wstrząsu, jakiego dostałam na widok własnego syna nie da się opisać. Koszmar!
Wszędzie była krew, na jego szyji, ubraniu, butach, na posadzce, którą przemierzał, nawet ściany w łazience - w której usiłował się umyć - zbryzgane były krwią.
Widok krwi zawsze najbardziej mnie przeraża. Z trudem udało mi się wezwać pogotowie.
W szpitalu zaszyto mu ranę, która była bardzo blisko tętnicy. Mimo, że upłynęło wiele lat, na szyi pozostała mu gruba blizna.
Był to napad chuligański dla "rozrywki", nic Michałowi nie skradziono.

Ja także miałam dość przykrą przygodę.
Wieczorem o godz. 19-tej napadł na mnie łobuz i skradł torebkę. W wyniku tego incydentu miałam w dwóch miejscach złamany nos z przemieszczeniem kości, pękniętą i przesuniętą przegrodę nosową i bardzo uciążliwą ranę na nodze, która goiła mi się osiemnaście tygodni.
Ból był duży. W pogotowiu ratunkowym oklejono mi nos i policzki cienkimi pasemkami i wyglądałam jak mumia egipska.
No, ale to już właściwie nie przeszłość tylko życie na bierząco, bo przegroda czasowa niewielka.
O dzieciach - już dorosłych - nie wypada mi pisać. Mogą zrobić to same. Wnuczęta także.



Mnie pozostaje teraz delektować się wspomnieniami. Wszystkie one są mi drogie. te radosne i te smutne. Dla własnej przyjemności cofam czas. Myślami przebywam na zmianę w świecie mojej lub też dzieci moich przeszłości.


Właśnie teraz staje mi przed oczami dobra, poczciwa, kochana ciocia Anka. Odwiedza nas na letnisku w Urlach. Jest obładowana paczkami pełnymi prezentów. Oprócz zabawek (tu muszę zaznaczyć, że pierwsza, płacząca lalka to od niej) dostajemy pantofelki - modne lakierki z paseczkiem zapinanym z boku na guziczek. Mam cztery lata i stroje mnie nie interesują. Danusię odwrotnie. Zakłada nowe buciki i biegnie w nich po kręconych schodkach z pierwszego piętra w dół. Nowe, skórkowe podeszwy są dosyć sztywne i śliskie. Pierwszy raz zobaczyłam tak wielkiego guza na czole - niczym jajko - którego nabawiła sobie przy upadku. Przykro mi, pomagam jej płakać.

Myślalami znowu jestem z moją kochaną rodziną. Są wszyscy - jak żywi - rodzice, siostra, mąż i bawiące się dzieci. Zakodowane mam szczególnie w pamięci niektóre specyficzne a tak miłe dla mnie zachowania dzieci. Są przez nich wymyślone. To bardzo indywidualne jakby znaki rozpoznawcze. To "przyklejone" do nich etykietki. Nie da się ich zapomnieć.

I tak widzę przed sobą malutką, śliczną Basieńkę w króciutkiej - według ówczesnej mody sukieneczce, stojącą na paluszkach, ze zgiętymi w łokciach rączkami. Cichutkim głosikiem mówi: "MAMA, MASZ BASIĘ". Tak wyraża chęć pójścia na ręce. Oczywiście wybiera partnera według swego upodobania. Może to być tata, dziadzia, może być ciocia czy mamunia (czyli babcia). Dla Basi liczy sią tylko rodzina, do obcego na rączki nie pójdzie. Rozdziela między nami wyróżnienia, nie doznaję więc za często tego zaszczytu. Coś uroczego!

Maciuś ma oryginalny sposób żegnania się przed snem. Podchodzi kolejno do każdego nie wyłączając gości. Każdemu oddzielnie mówi: "Dobranoc" równocześnie odwracając się o 180 stopni. Czeka na odzew i na pocałunek w tył swojej główki a raczej w te piękne jasnożółte, kręcone włoski. Gdy życzenie jego zostaje spełnione, podchodzi do następnej osoby i tak dalej i tak dalej... Muszę zaznaczyć, że ruchy Maciusia doprowadzone są do perfekcji - jak w wojsku. Śliczne!

Michasia "etykietką" jest taniec połączony ze śpiewem ulubionej jego piosenki o Kasieńce:
        "Głęboka studzienka, głęboko kopana
         a przy niej Kasieńka jakby malowana.
         Stała przy studzience, wodę nabierała
         o swoim Jasieńku, kochanku myślała".
Zna wszystkie zwrotki na pamięć. Wspaniale wypada śpiew z połączeniem różnych śmiesznych, wykombinowanych figur tanecznych (przysiady, podskoki, pochylanie się itd.). W dodatku przystawiane paluszki do czoła - imitujące różki, dodają jeszcze więcej uroku. Bijemy mu brawo a on rozentuzjowany powtarza ten spektakl codziennie. Bardzo miłe!


Wspomnienia miłe, drogie - więc często w nich buszuję.




"Wszystko na świecie przemija powoli
 pamięć o szczęściu i o tym co boli.
 Wszystko przemija tak chce przeznaczenie
 i jedno tylko zostaje - WSPOMNIENIE".






Lucyna Deutschman







początek strony